Leave kotki alone!

Posted: 29th Styczeń 2018 by sushilabel in Bźdźągwa

Kotki, koteczki, kociaczki. Każdej sekundy przemierzają na swych mięciutkich poduszeczkach setki tysięcy, miliony kilometrów światłowodem wprost na nasze ekrany. Wszystko po to by nas każdym pojedynczym pikselem rozśmieszyć, rozczulić, pocieszyć. Śmiesznie skaczą, śmiesznie pląsają. Śmiesznie się wspinają, śmiesznie za laserem ganiają. Koteczki w kapelusikach, koteczki w małych surdutach. Pieskom na głowę piątki zbijają, wszystko na podłogę zrzucają. Patrz na tego śmiesznego kota! – krzyczy kolega/chłopak/narzeczony/mąż palcem pokazując na ekran monitora. Zobacz jak on się ogórka boi. Dlaczego te małe śmieszne istotki, te kuleczki sierści purr purr purr,  pussycat, dlaczego boją się ogórka – wciąż śmiejąc się pokazuje palcem swojej koleżance/dziewczynie/narzeczonej/żonie. I ona się uśmiecha ukrywając rumieniec od myśli – szklarniowy.

Nagle Bóg zadzwonił do mnie.

Przekaż wszystkim, że najwyższy czas oprzytomnieć. Jeszcze nie tak dawno, miliardy lat temu, jedną łyżką mieszałem Was razem, gdy byliście zupą. Wasze drogi się rozeszły co nie znaczy, że tak możecie z nimi postępować. Tak, to już za daleko zaszło.

Nagle wszystko wybucha i zieje ogniem. Wychodzę z zamyślenia, kolejka metra wjeżdża na stację. Wsiadam, opieram się o drzwi. Nigdy nie siadam, nie jestem ginekologiem. Wyciągam knigę z plecaka ciekaw kolejnych przygód Salander. Omiatam wagon szybki spojrzeniem w duchu Bertrand’a Russell’a. Gdybym był psem miałby sporo tyłków do obwąchania. Nagle jeden szczegół przykuwa moją uwagę. Coś, co nie pasuję do krajobrazu. Na skrajnym najwęższym podwójnym siedzeniu pomiędzy stoi otwarty słoik musztardy. Zjedzony do połowy. O tak! Zaczyna się pierdolony eksperyment!

Marymont. Mężczyzna w średnim wieku podchodzi. Zatrzymuje się niepewnie na ułamek sekundy. Jednak siada. Kurwa! Chuj z eksperymentu. Przytula się strasznie do ścianki jakby w słoiku zamiast musztardy był wyciąg z trędowatego. Nie daje rady. Po kilku senkundach podnosi się i idzie na drugi koniec wagonu. Ufff! Nie wszystko stracone.

Plac Wilsona. Dosiada się więcej osób. Młody chłopak zmierza w kierunku siedzenia, widzi obiekt i nie zatrzymując się nawet na chwilę odwraca na pięcie w drugą stronę. Myślę – kurna, na kolejnych stacjach wsiądzie więcej osób, skończą się wolne miejsca. Na pewno ktoś się skusi.

Dworzec Gdański. Tylko kilka osób. Są chętni. Chłopak i dziewczyna patrzą na słoik z musztardą jak na kloszarda próbując ocenić na szybko stopień zagrożenia. Rezygnują i oddalają się.

Ratusz Arsenał. Na peronie spora grupa osób. Moje nadzieje maleją. Tłumik wbija się do wagoniku. Część osób kieruje się na miejsce eksperymentu. Jednak i oni rezygnują. Miejsce wciąż okupowane jedynie przez słoik z musztardą.

Świętokrzyska. Serce zabiło mi mocniej. Młoda parka. Chłopak żwawym krokiem idzie usiąść. Widzi dwa wolne miejsca. W sam raz dla niego i ukochanej. Nic go nie powstrzyma, kropelka potu mi napływa. Dziewczyna dostrzega słoik. Łapie chłopaka za łokieć. Odciąga i mówi, że woli postać. Oddycham z ulgą.

Centrum. Wysiadam. Fuck you Taco Hemingway!

Gdzieś w innym uniwersum małe koteczki oglądają filmiki chichocząc do rozpuku, zasłaniając małe, różowe noski na widok ludzi sparaliżowanych widokiem otwartego słoika z musztardą. A jeszcze chwilę wcześniej przeczytały artykuł o pewnym gatunku ludzi, który został uznany za wymarły.

Pamięci Pumy wschodniej.

Bajka o Logu co rósł strasznie

Posted: 9th Lipiec 2017 by sushilabel in Bźdźągwa

 Był sobie ojciec Zero i matka Jedynka, mieli o imieniu Log, ukochanego synka.

Dbali i chuchali, jak przystało na jedynaka,

Zawsze oczko w głowie, obserwowany z lotu ptaka.

 

Ojciec jak na Zero przystało, środowisko prawnicze lalusiem nazywało.

Nigdy nie rozumiał jaka przyczyną była,

Usilnie niespełnionymi ambicjami chciał wypełnić syna.

 

Matka jak na Jedynkę przystało, od ćwiczeń smukłe i wysportowane ciało.

Zawsze aktywna, w ciągłym ruchu pozycje zmieniała,

Od swojego jedynaka jeszcze więcej wymagała.

 

Ojciec nie tolerując sprzeciwu, wiedzę do głowy wtłaczał jakby to była woda,

Lecz mózg Loga nie był dotknięty chorobą Creutzfeldta  Jakoba.

 

I coraz więcej tematów i pomysłów miał na jego dzieciństwo, narzucając ilości informacji pierwszeństwo.

 

Matka absorbując syna resztki siły, nie dostrzegała na jego twarzy od zakwasów grymasu,

Wciąż to nowe dyscypliny sportowe, wszak o przyszłość syna trzeba zadbać zawczasu.

 

I coraz więcej zajęć i pomysłów miała na jego modelowanie, chociaż lepsze mogło być 420 lub Karpackiego wtłaczanie.

 

Naginali i nasączyli go przez te wszystkie lata, prezentując z dumą w obecności kolejnego sąsiada.

A Log puchł i nabrzmiewał jak balon z wodą, na każde pytanie przekazując ze swego wnętrza odpowiedź natychmiastową.

 

Lecz pewnego dnia ku rodziców wielkiej rozpaczy, piękny świat Loga zamarł i się wypaczył,

Stojąc przed zamkniętymi drzwiami, strach objął ich umysły niepokojącymi omamami,

Dobijać się jęli krzycząc gardłowo niczym z żerdzi, czuli jak dochodząca do nosa woń nieprzyjemnie śmierdzi.

Mimo rozbrzmiewających przekrzykiwań i pytań wystrzelonych jak z automatu, Log wciąż nie przekazywał żadnych rezultatów.

 

Aż w końcu kiedy pod naporem dużej ilości RAMu jedynie drzwi odpowiedziały,  dyndające zwłoki Loga się ukazały.

 

Nie pomogły próby dzielenia ani kompresji, Log powiesił się od nadmiaru informacji oraz presji.

Skalp z albinosa

Posted: 9th Sierpień 2015 by sushilabel in Bźdźągwa

codc Był taki czas. Wynikający z natury prawnej, która to definiowała, mój gąbczasty wówczas mózg należy moczyć w wiedzy podawanej w czterech obdrapanych ścianach szkoły podstawowej. Może ciężko w to uwierzyć. Przynajmniej w moim przypadku. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku szkoły publicznej również do mojej uczęszczały dzieci pochodzące z różnych grup społecznych. Jako posiadacz gąbczastego mózgu, tak samo jak i pozostały wkład mięsny w postaci uczniów, dzieliliśmy się według dóbr materialnych postrzeganych naocznie. Czasami w skrajnych przypadkach również pod kątem fizycznej kubatury. Każdy należał do jakiejś grupy. Niekiedy do kilku. Wszystko zależało od percepcji drugiej strony. W zależności od sytuacji, czasu i miejsca, było się ofiarą. Albo katem. Gąbczasty mózg absolutnie nie reagował. Może chodziło o dostosowanie się. Chęć prześlizgnięcia się lub umocnienia pozycji. Lepszej, gorszej. Z wiekiem, przywodząc na myśl, można poczuć się nieswojo, może sięgnąć po popiół. Czy coś się zmieniło? Gdyby jednak popatrzeć z boku, gdy czas i doświadczenie życiowe utwardziły gąbczasty mózg, można odnaleźć podobieństwa? Może dzieje się to samo, ale w wersji bardziej dojrzalszej? Czy za 30 lat znowu zazna się uczucia lekkiego ukłucia i trzeba będzie spuścić wzrok idąc ulicą?

Z racji odległości oraz ukształtowania terenu wypadało korzystać ze szkolnego autobusu. Chociaż, z perspektywy czasu, może było to niezamierzone działanie pro-eko? Tak czy siak jazda autobusem rządziła się również swoimi regułami. Siedzenia podzielone na kasty. Nikt nie chciał siedzieć obok kogoś z innej grupy. Pamiętam trójkę rodzeństwa. Pochodzili z jakiejś patorodziny. Niczym nie zawinili, ale nikogo wtedy to nie obchodziło. Liczyło się tylko, żeby nie dostać od nich „raka”. Izolować się i unikać. Nie byli napiętnowani fizycznie. Może to i gorzej. Zawsze to jakiś kontakt z drugim człowiekiem. Wiążąc czas i ich postacie, zapamiętałem jedną rzecz. To, co było od nich czuć. Nie, nie śmierdzieli. Czuć było coś innego, coś niezwiązanego z potem, hardkorowym brakiem higieny lub czymś w ten deseń. To było coś dziwnego, ale nieodrzucającego.

Kilka dni temu pracując pedałowaniem nad adonisowym wyglądem, przejeżdżając nad duszącą Autostradą Wolności, przecinając chłodny park miejski z dogorywającym oczkiem wodnym i tabliczką „Zakaz pływania”, zabudowane niczym getto osiedla, gdzie sąsiedzi wiedzą, co będzie na obiad/kolacje u innych, po kostce, progach zwalniających, asfalcie i wertepach, ponownie poczułem ten dziwny zapach. Poczułem się nieswojo i przypomniałem sobie tę trójkę dzieciaków. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać jak dalej potoczyły się ich losy. Czy udało im się wykaraskać z chujowego startu, jaki sprezentowali rodzice. Nieważne. Skąd ten zapach? Przerzuciłem moją uwagę z widoku zachodzącego słońca oraz dźwięków Rinse FM w tempie 175 uderzeń na minutę, na doprecyzowanie, gdzie obecnie się znajduję. Była to droga otoczona bezkresnymi połaciami kwitnącej kukurydzy. A więc o to chodzi.

Roślina, która utrzymuje USA przy życiu i karmi ich obywateli. Nawet ryby zajadają się ze smakiem. Nadprodukcja ludzi powoduje konieczność wymyślenia sposobu na ich wyżywienie. Kukurydza. Symbol pójścia na skróty, monopolu, dzisiejszych upałów oraz modyfikacji samolubnych genów. A może by tak z pięciu stówek zamiast na każde dziecko, część odpalić dodatkowo rolnikom na dotowanie uprawy kukurydzy. Pięć stówek i tak nic nie zmieni a tak to chociażby gwarancja była, że nikt głodny by nie chodził. Jak wiadomo, człowiek głodny to go głowa boli i na pracy nie może się skupić. Kto wtedy kraj z ruiny wyciągnie?

„Ah te dzieci”

Posted: 22nd Grudzień 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

BlackTakiego oto maila odczytałem sobie po powrocie z arbajtu. Pomijam już kwestię czy to tylko ściema, czy też rzeczywiście taka akcja miała miejsce. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, spoko, luz, ale potem pomyślałem sobie, zaraz, kurwa.

Czegoś tu nie rozumiem. Politycy od kilku dni wmawiają mi ze szklanych okienek o różnych rozmiarach i rozdzielczościach, że trzeba pomóc rodzicom i wykonać za nich całą robotę, czyli odciąć polski internet od treści porno bo dzieci oglądajo i im się psychika wykrzywia. WTF? To znaczy jak to się dzieje, że rodzic w kilka chwil po tym jak jego nierozgarnięte dziecko podbiło aukcję o parę zeta za dużo zdołał zareagować a jak latorośl ogląda sobie kopulującą parę płci różnej, luka na wielką dupę Kim na Pudelku albo nadrabia na TVN Player zaległe odcinki „Szkoły” to już chuj, nie da się. To już trzeba zaprzęgnąć państwowy aparat represji jak Satan renifery i wywrzeć nacisk na telekomy. No bo państwo już tak o nas dbaaaaaaa, że wychowania seksualnego uczą degeneraci w czarnych sukienkach posiadający tajemną wiedzę we władaniu termometrem i kalendarzem oraz testem na dwa palce <cmaac…..cmaaac>. Dlatego też  „…Roksanka, dobrze wychowana dziewczynka zaszła w ciążę bo myślała, że za pierwszym razem to nie i co my teraz biedni rodzice zrobimy, bo przecież ona jeszcze taka młoda, szkołę trzeba skończyć a dziecko tyle kosztuje i dobrze, że chociaż nasz Arturek taki grzeczny i nie wywinie nam numeru bo on to się dowiedział, wie Pani, w internetach na kafeterii przeczytał, żeby nie onanizować się podczas kąpieli bo potem nie daj Boże matka weźmie kąpiel i zajdzie, no ale on to już wie Pani, zamknął się trochę w sobie i boi się dziewczyn po tym i tylko ojciec narzeka, że pedał z niego wyrośnie jak nie najdą go ciągoty na waginy, Boże co my poczniem….”

Aaaaa, to ja już rozumiem. Tzn jak rodzic raz po dupie dostanie to wtedy zacznie się interesować i żadni rządzący nie będą potrzebni. Może jak ruscy zaczną robić lepsze wirusy blokujące kompa i wyłudzające pieniądze to taki rodzic zacznie zwracać uwagę na to, co dziecko ogląda w sieci jak wyda parę stówek na studenta informatyki albo sam, będąc trochę rozgarniętym, poświęci parę godzin na czyszczenie rejestru i szukanie pomocy online. A może by tak zakupić jakiś soft do kontroli rodzicielskiej. No nie, po co tyle zachodu, niech rządzący za nas zrobią. Ogłoszą przetarg na darmowe oprogramowanie do saknięcia ze strony Rzecznika Praw Dziecka i niech zrobi je firma na A za ciężki hajs.

Temat szeroki, jak wory Mikołaja i żeby nie było to nie wrzucam do niego wszystkich.

Ah te dzieci.

Kiełbasa z Jakubowej Spiżarni

Posted: 3rd Grudzień 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

IMG_20141203_184113 (2)W kolejnej wurstowej recenzji postanowiłem wziąć na podniebienie „Kiełbasę wiejską z Jakubowej Spiżarni”. Zanim przejdę do opisu wrażeń po degustacji trochę historii.

„Jasna Góra. Rok 1654. Brat Jakub jak zwykle przed zakończeniem modlitw musiał udać się do latryn w celu zrobienia porządków. Jego współbracia klęczący na zimnej posadzce ogrzewali swe skostniałe ciała żarliwą modlitwą. Po zakończonej modlitwie milcząc mogli udać się na posiłek składający się z suchego chleba, okropnych w smaku, słynnych na całe opactwo mięsiw i kawy zbożowej. Po takim zestawie tłumnie nawiedzali wyczyszczone przez Brata Jakuba latryny.

Brat Jakub. Sympatyczny zakonnik o korpulentnych kształtach pocący się jak świnia nawet podczas siarczystych mrozów. Miał swój sekret, którego nikt nie odkrył. Aż do tego dnia. Jak zwykle Brat Jakub swoimi tłustymi i zwinnymi paluszkami uprzątnął latrynę o wiele szybciej niż innym braciom to zazwyczaj zajmowało. Wyszorował wnęki, udrożnił odpływ ścieku poza mury klasztoru i posypał świeżą słomą. Chybcikiem wyszedł z latryn i żwawym krokiem potrząsając swoją włosienica udał się do spiżarni. Zadowolony z siebie zdjął ze stojaka pęto kiełbasy, rozsiadł się okrakiem na beczce wina przeznaczonego dla gości klasztoru i ze uśmiechem zaczął pałaszować. Jemu smak odpowiadał i dziwił się, że inni narzekają. Ledwo jednak ugryzł drugi kawałek kiełbasy usłyszał głos zza pleców.

– Co tutaj robisz Bracie Jakubie? – zapytał dobrotliwy przeor.

Przerażony Brat Jakub zerwał się z beczki na równe nogi. Przełknął z wielkim wysiłkiem dopiero co ugryziony kawałek kiełbasy. Zatrzepotał obszerną włosienicą i powoli obrócił się wokół własnej osi w stronę przeora Piotra przyjmując pozycję zdyscyplinowanego wojaka.

– Jaaaaa…. – zaczął niepewnie Brat Jakub a jego policzki zmieniły się z różowych, przypominających dwa małe, czyste warchlaczki w ordynarne dupsko pawiana. Jaaaa.. ja tylko, chciałem tylko poprzestawiać beczki, żeby potem przestawić stojaki z mięsiwem w inne miejsce. Może w innym miejscu zrobią się lepsze, mięsiwa, i może ludzie przestaną narzekać, że takie niedobre – zakończył nabierając nowe zapasy powietrza.

– Słuszna uwaga Bracie Jakubie – rzekł przeor. Musze powiedzieć, że chyba czytasz w moich myślach – zaśmiał się dobrotliwie trzęsąc swoją wychudzoną twarzą. O tym samym pomyślałem dzisiaj rano i postanowiłem zajrzeć jak najszybciej po modlitwie, żeby sprawdzić, co można zrobić. Dobrze, że tutaj jesteś. Pomożesz mi przestawić te beczki a potem przeniesiemy stojaki z mięsiwem pod tamtą ścianę.

– Ojcze przeorze – zaczął szybko Brat Jakub. Siedziałem sobie na tej beczce i tak rozmyślałem i rozmyślałem. Może jednak nie róbmy zbyt dużej rewolucji i na razie przestawimy tylko stojaki pod ścianę. Poczekam parę dni. Jak nic się nie zmieni to dopiero przeniesiemy beczki spod drugiej ściany i tam ustawimy stojaki – zakończył Brat Jakub.

– Słuszna uwaga mój bracie. Weźmy, zatem ten stojak i postawmy go pod wschodnią ścianą.

Lekko zdezorientowany Brat Jakub stał przez chwilę w miejscu nie wiedząc, jaki ruch wykonać. W końcu chrząknął i ruszył w kierunku przeora i ustawionego obok niego stojaka jak gejsza w przyciasnych skarpetkach.

– Bracie Jakubie, czy wszystko w porządku? Dlaczego tak dziwnie idziesz? – zapytał zatroskany przeor Piotr.

– A to nic. Jakieś niegroźne dolegliwości w tych miejscach, przejdzie – odrzekł Brat Jakub.

– Rozumiem. Gdyby jednak trwało to dłużej nie czekaj, udaj się do Brata Jeremiasza. Na pewno da Ci na to jakąś maść – odpowiedział podejrzliwie przeor Piotr łapiąc za jeden koniec stojaka oburącz.

Brat Jakub podszedł z drugiej strony. Niepewnie chwycił również oburącz na wysokości pasa stojak i uniósł na niewielką wysokość do góry jakby trzymał sztandar.

– Bracie Jakubie, czy wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczonego i cierpiącego. Czy nie jesteś w stanie unieść tego wyżej?

– Oj, chyba podczas czyszczenia latryn coś mi się stało w ręce i nie mogę. To nic, trochę odpoczynku i przejdzie. Taka wysokość wystarczy. Przenieśmy stojak pod ścianę ojcze przeorze.

Powolnymi krokami trzymając w dłoniach stojak zaczęli przemieszczać się pod ścianę. Brat Jakub pocąc się obficiej niż zwykle lekko postękiwał robiąc małe kroczki. Delikatnie postawili stojak na ziemi.

– Dobrze Bracie Jakubie, dziękuję Ci za pomoc. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wracam tymczasem do swoich prac – rzekł odwracając się do wyjścia.

Brat Jakub odetchnął z ulgą. Nagle wstrzymał oddech. Przeor Piotr zatrzymał się przed schodami.

– Jeszcze jedno – rzekł odwracając się. Za dobrą pracę i pomysłowość należy Ci się nagroda – zakończył wyrzucając w powietrze w kierunku Brata Jakuba jednego talara.

Brat Jakub niewiele myśląc, wpatrzony w lecącego w jego kierunku talara, zrobił krok do przodu i wyciągnął ręce by go uchwycić. Usłyszany głuchy plask wyrwał go z zauroczenia lecącego przedmiotu i wtedy zrozumiał swój błąd.

– Bracie Jakubie, co leży pomiędzy Twoimi nogami na posadzce? – zapytał gniewnie przeor Piotr.

– Ja….ja tylko… – zaczął się jąkać Brat Jakub.

Przeor podszedł do niego, schylił się i podniósł z podłogi ciepłą i śliską kiełbasę.

– Bracie Jakubie, co to ma znaczyć?! – uniósł się przeor Piotr karcąc się po chwili i przepraszając Boga za swoje wybuchowe zachowanie.

Brat Jakub stał skołowany otwierając i zamykając usta bez wydawania z siebie dźwięku.

– Kochany Ojcze Piotrze, tu jesteś – usłyszeli głos dobiegający z wejścia do spiżarni.

Na schodach pojawiła się dostojna postać Króla Kazimierza ubranego w grube futra. Schodził w kierunku zaskoczonego Brata Jakuba i Przeora Piotra w towarzystwie swojej świty.

– Witaj królu miłościwy – skłonił się wystraszony Piotr. Co Cię tu sprowadza?

– Chciałem ugasić pragnienie. Szukam wina. A co trzyma w ręku Ojciec Piotr – zapytał spoglądając na trzymaną przez Piotra kiełbasę, która dopiero, co wypadła spod włosienicy Brata Jakuba.

– A to? To tylko kiełbasa. Robię porządki z Bratem Jakubem. Chcemy się dowiedzieć, dlaczego mięsiwa nam nie wychodzą – odpowiedział.

– Tak tak, słyszałem te legendy o wręcz niewyobrażalnie obrzydliwym smaku klasztornych mięsiw. Muszę powiedzieć, że to też przeszło mi przez głowę – rzekł król wyciągając rękę w kierunku trzymanej przez Piotra kiełbasy.

– To znaczy?

– Chcę spróbować i się przekonać – odpowiedział król stojąc z wyciągnięta ręką obłożoną pierścieniami.

– Nie nie królu, nie śmiałbym częstować naszym mięsiwem waszą królewską mość. Bałbym się o zdrowie – próbował się bronić przeor Piotr.

– Brednie – odrzekł wzburzony król wyrywając kiełbasę z ręki wystraszonego Piotra. Jestem królem i żołnierzem zaprawionym na wojnie a na wojnie, jak zapewne nie wiesz, bywa różnie. Czasami sytuacja staje się trudna, wróg wygrywa, brakuje sił i w końcu jedzenia. A jak brakuje jedzenie to wiadomo, je się wszystko. Martwy koń przez tydzień. Makowiec z końskiego łajna i wesz. Chcę spróbować również tego – rzekł wgryzając się łapczywie w nadgryzioną przez Brata Jakuba kiełbasę.

Bratu Jakubowi oczy zaszły łzami a przeorowi pociemniało. Tymczasem Król Kazimierz zawzięcie żuł odgryziony kawałek kiełbasy. Połknął i znieruchomiał.

– Na Najświętszą Panienkę i jej Dziewictwo! Cóż za wspaniałe mięsiwo! Czy Ojciec Piotr chciał mnie oszukać, żeby mieć dla siebie to wspaniałe mięso? – zapytał gniewnie król.

– Ja? Nie…przecież nam nie wolno królu…ale, jak to wspaniałe? – zaczął bronić się Piotr czując, że powoli traci rozum.

– To Ci przeklęci wieśniacy pewnie rozpowiadają te herezje o klasztornym mięsie! Od teraz – odwrócił się do swoich przybocznych – karzę ściąć każdego, kto będzie śmiał mówić, ze to mięso jest niedobre! – zakończył wzburzony mowę. A ty Ojcze – zwrócił się ponownie do Piotra – przygotujesz mi dwa wozy tych wspaniałości i wyślesz do mnie na Zalesie – zakończył grożąc palcem, po czym odwrócił się i wyszedł wraz ze swoją świtą zostawiając oszołomionych Brata Jakuba i jego przeora Piotra.”

 

IMG_20141203_184229Heretycy twierdzą, że to nie Matka Boska Częstochowska pomogła podczas szwedzkiego oblężenia w kolejnym roku a właśnie kiełbasa zajadana ze smakiem przez muszkieterów oraz pozostałych żołnierzy uczestniczących w obronie Jasnej Góry, której to kiełbasy sekretny smak tkwił w tym, że była przetrzymywana przez godzinę pod pachą Brata Jakuba (a później i resztę wtajemniczonych braci z klasztoru) tak jak wtedy, gdy został przyłapany przez przeora Piotra na grzesznej konsumpcji.

Tyle historii faktów. Czas na degustację.

 

Na początku kilka słów o stronie wizualnej. Kiełbasa charakteryzuje się klasyczną krzywizną. Wiązania pomiędzy kolejnymi pętkami robione podczas napełniania flaczka pokazują pietyzm, z jakim napełniacz podchodzi do swojej pracy.). Niesamowity kunszt! Niestety nie pamiętam ile kosztowała testowana kiełba. W głowie mi świta jakieś 2 zł 80 gr za 100 gram (tak dziwacznie wyceniają w Tesco

Porowatość i bruzdowatość powierzchni kiełbasy w dziesięciostopniowej skali Laurence’a IMG_20141203_184243Fishburna oceniam na 8. Co, jak co, ale topiony na kiełbasie w kuchence mikrofalowej ser mógłby urządzić sobie niezły spływ kajakowy.

Pora na „próbę łamania”. Kolejne niestety. W tym aspekcie troszeczkę się zawiodłem. Dźwięk podczas łamania jest cichy i stłamszony. Przypomina zapewne bąka, którego puścił Brat Jakub, który to bąk to ledwo wyszedł z anusa a już musi się przeciskać przez przylegające do siebie zwały tłuszczu na pośladkach, więc dopiero po przeciśnięciu się jest wstanie wydać z siebie jedynie dźwięk niemrawej ulgi.

IMG_20141203_184441

Co popsuła „próba łamania” pod kątem dźwięku, to naprawił sam widok. Kiełbasiany farsz odznacza się wyraźnymi grudkami tłuszczu, co oczywiście zaliczam in plus. Krawędzie nie są szarpane, co może nie oznaczać zbyt dobrej jakości flaczka. Z drugiej strony mógł mieć na to wpływ specyficzny sposób przetrzymywania w tzw. „spiżarni jakubowej”. Tak czy inaczej widok pierwsza klasa i uwaga, od razu trafiłem na czarnego bonusa!

 

 

Kiełbasę ze Spiżarni Jakubowej najlepiej spożywać z czerstwą bagietką, rzodkiewką oraz parmezanem. No i oczywiście nie zapomnijcie o kawie zbożowej na cześć odkrywcy, Brata Jakuba!

Reasumując. Kiełbasa jak najbardziej godna polecenia. W tej półce cenowej na pewno znajdą się lepsze, ale nie ma co narzekać. Mocno nie odstaje od nich. Nic tylko brać i pałaszować. Dziękuję i dobranoc!*

IMG_20141203_184351 (2)zzzz

 

 

 

 

 

 

*Pisałem to w nocy.

 

 

Filip – Niespodziewana wizyta Część 5 – Ostatnia

Posted: 30th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

Fred

_ Dzisiaj chcielibyśmy przeprowadzić z Panią szczery wywiad. O życiu. O tym jak wyglądają Pani trasy koncertowe. Czy gardzi Pani swoimi fanami na festynach i co rzeczywiście myśli Pani o swojej muzyce – zaczął dziadek Henryk.

_ Nie rozumiem. Ja się nie zgadzam na taki wywiad. Scenariusz rozmowy dostali Państwo od mojego menedżera. Mieliśmy rozmawiać o mojej ostatniej płycie. Co to ma znaczyć? – uniosła się wyraźnie oburzona gwiazda.

_ Widzisz kolego – zwrócił się w moją stronę dziadek. Dlatego nie lubię telewizji. Jest obłudna i pełna nijakiej treści. Chłopcy, wiecie, co z nią zrobić – odezwał się tym razem w kierunku Freda i Alberta, którzy stali za siedzącą na fotelu Beatrycze Kadzidlak.

Bokserzy poderwali się nim gwiazda zdążyła zareagować. Dopadli do jej rąk i nieporadnie rękawicami bokserskimi próbowali przywiązać ręce gwiazdy linkami do nóg fotela.

_ Zwariowaliście, puścicie mnie!

_ Panowie, knebel – odezwał się dziadek.

Również i ta prośba została spełniona. Reality show zaczynało się dziwnie ale ciekawie. Główna gwiazda programu siedziała przywiązana do fotela z zakneblowaną buzią.

_ Kto będzie prowadził z nią wywiad? A raczej monolog – zapytałem poprawiając swoją pozycję w fotelu.

_ Ja – odpowiedział dziadek.

_ Będziesz próbował odczytać z ruchów próby wyswobodzenia się? Jak ona ma odpowiadać przez te szmaty?

_ To nie z nią będę rozmawiał.

_ Jak to nie z nią? A z kim? Zaprosisz tutaj jeszcze kogoś?

_ Nie. Widzisz, przeprowadzanie wywiadu z gwiazdami nie ma sensu, ponieważ są one nieszczere. Może prywatnie, przy jakimś alkoholu albo – tu dziadek przerwał, spojrzał w kierunku szafki i ściszył głos – kresce, dowiesz się czegoś ciekawego. Dla mnie, dla szarych widzów, wszystko jest ustawione. Nie dowiesz się prawdy.

Wstał i podszedł do szafki, z której wyciągałem proszek do prania. Wysunął jedną z szuflad  i wydobył z niej drewniane pudełko. Podszedł do stołu. Otworzył pudełko, z którego wyciągnął buteleczkę z czerwonym płynem a następnie strzykawkę z igłą.

_ Co to? Serum prawdy? – zapytałem.

_ Nie. To serum świadomości – odpowiedział. Widzisz młodzieńcze. Nawet gdybym jej wstrzyknął serum prawdy to i tak jej odpowiedzi nie byłby do końca szczere. Jej mózg w jakimś stopniu i tak by się bronił produkując odpowiedzi wyuczone przez lata w sztabie PRowców zespołu. To będzie coś zdecydowanie lepszego.

Wbił igłę przez wieczko buteleczki i nabrał kilka milimetrów płynu. Skierował ku górze, wypuścił zalegające powietrze i puknął palcami kilkukrotnie. Zbliżył się do zdenerwowanej gwiazdy, złapał ją delikatnie za podbrudek i wbił igłę w duży pieprzyk znajdujący się na policzku blisko nosa. Wrócił do stołu, odłożył igłę, po czym usiadł na fotelu. Betrycze nie reagowała.

_ Co się dzieje? Gdzie jestem? – odezwał się pypeć z policzka.

_ Jesteś w programie “Panie złociutki pokroi pan tyle, aby na dwa schabowe było na niedziele, bo ja sama tylko” a słyszysz siebie, ponieważ chwilowo dzięki magicznemu serum możesz mówić. Chcielibyśmy przeprowadzić z Tobą wywiad o życiu z gwiazdą, jaką jest niewątpliwie Beatrycze Kadzidlak.

_ Profity? – zapytał Pypeć.

_ Możesz sobie ulżyć.

_ Inne profity?

_ To Ci musi wystarczyć.

_ Za mało.

_ Mam znajomego hipnotyzera, który sprawi, że po zakończeniu nagrania Beatrycze przeszuka sieć w poszukiwaniu grupona na usuwanie pypci za 99 zł od sztuki. Pasuje?

_ Dobra dobra, lecimy z tym koksem.

_ Jeść! – odezwał się ręcznik z szafki.

_ Za chwilę! – krzyknął dziadek. Oszaleję – dodał pod nosem

_ Jak to jest być Pypciem na twarzy tak wielkiej diwy polskiej muzyki skocznej, jaką niewątpliwie jest Beatrycze Kozidrak – zaczął swój show dziadek.

_Chujowo – odpowiedział Pypeć.

_ Mógłbyś rozwinąć tę myśl?

_ No wiesz, jest słabo. Nie masz na nic wpływu i jesteś poniewierany.
_ Rzeczywiście, to musi być irytujące.

_ No. Raz była taka akcja, że wiesz, ona miała depresję i w ogóle nie koncertowaliśmy. Siedziała całymi dniami w domu. Nigdzie nie wychodziła. Siedziała na dupsku i dość mocno się zapuściła. Po kilku dniach urosło kilku kolegów. Nie takich jak ja. Ja to jestem taki wiesz, permanentny. Tamci byli z tych tymczasowych. Ponieważ pojawili się na twarzy to z racji odległości mogliśmy się komunikować ze sobą. I tak sobie wiesz, przez kilka dni stadnie gadaliśmy o różnych rzeczach. Generalnie narzekaliśmy, że życie na tej cerze jest po chuju. Jeden z tych kolesi był taki cwaniak, wiesz. Trochę się robił na przywódcę. Lechu na niego wołaliśmy. Mówił coś o tym, że trzeba się zorganizować, jakiś strajk zrobić, on może przeskoczyć przez nos, bliżej oka i tam się poświęci i jak ona dostanie w to oko to jakieś zakażenie może się zrobi i umrze. Mówił nam, wiecie, ona nie musi cierpieć. Wystarczy, że się potknie, przewróci i umrze a my wtedy założymy związki zawodowe i razem z innymi ropieniami kopalnianymi spacyfikujemy jej ciało aż zgnije. Przepraszam, mogę prosić wodę?

_ Tak tak oczywiście. Fred, polej go.

_ Dziękuje. Tak więc słucham go i słucham i myślę sobie “kurwa, brzmi jak druga Polska” nie? No, ale nic. Na początku się przeraziłem, że to za duża zmiana, że nie wiadomo, co z tego wyniknie. Potem jednak pomyślałem, że może być całkiem spoko. Jak spacyfikujemy ciało to po rozkładzie może w jakiegoś puchatego grzyba się zamienię. Może będę lekki i piękny jak baletnica a nie tylko zwykły Pypeć, który powoduje, że dziennikarze nie mogą się skupić na rozmowie z Beatrycze podczas wywiadu. I tak snuliśmy swoje piękne plany aż pewnego dnia Beatrycze wstała rano, poszła do łazienki i mówiąc “jebać” wystrzeliła w lustro wszystkich moich ziomków. Stary! Wiesz jak się zesrałem wtedy!? Na moment zapomniałem, że jestem permanentnym pypciem i na bank mnie nie usunie, ale ona wpadła w taką furię, że myślałem, że i mnie dociśnie.

_ Co się stało później – wtrącił dziadek.

_ No nic. Dalej byłem Pypciem. Samotnym Pypciem. Tak. Właśnie wtedy to sobie uświadomiłem. Dowiedziałem się jak to jest czuć się samotnym. Zacząłem jej nienawidzić z całego mego pypciowego serca. Za tę samotność i za te wszystkie lata asfiksjofilii…

_ Przepraszam, czego? – przerwał dziadek.

_ No wiesz, od tego całego makijażu, tony pudru na ryjcu, no nie ma jak oddychać. Czasami miałem wrażenie, że umrę w męczarniach i odpadnę.

_ A, myślałem, że chodzi o coś innego – powiedział prowadzący.

_ A nie, w przyczepie kempingowej na dożynkach po koncercie wór na głowę też wkładali jej różni autochtoni.

_ Właśnie. Co opowiesz o jej stosunku do muzyki i fanów.

_ Z muzyką to ona ma tyle wspólnego, że nazywają ją piosenkarką. No dobra, coś tam śpiewa, ale wiesz, bity ogarnia jej wynajęta ekipa a słowa pisze ten, jak mu tam, Jacek Blawan.

_ O, znam? – tym razem ja wtrąciłem. To ten, co zrobił ten fajny kawałek Getting Me Down.

_ Nie – odparł ponuro Pypeć. To ten, co okradł i oszukał a potem zostawił Małgoś z brzuchem.

_ Dobra, nie idźmy może tą drogą – przerwał dziadek. Opowiadaj o fanach.

_ Gardzi nimi.

_ Wszystkimi?

_ No nie, ci od podduszenia mogą liczyć na autograf.

_ Ci od worków na głowie, tak?

_ Gumofilce też były grane.

_ A jak się odnosi do swoich członków zespołu – kontynuował dziadek.

_ Gardzi.

_ Wszystkimi?

_ Lubi klawiszowca, ale nie wiem czy ze wzajemnością.

_ Dlaczego?

_ Chodzi o wymyśloną przez Beatrycze zabawę, którą nazywa “ Po jednym ząbku”.

_ Rozwiń proszę.

_ Laska od kiborda musi jej pomalować co drugi ząb na czarno. Potem obie się rozbierają. Beatrczye kładzie się na plecach, kibordzistka siada jej okrakiem na klacie no i zaczyna mówić np. “z kurzej dupy, blond mikrus z reality show”. Wtedy Beatrycze mówiła “po jednym ząbku” na co kibordzistka dotykała, któregoś z zębów i Beatrycze odpowiadała “Alicja Janosz – Zbudziłam się”.

_ Niesamowita umiejętność – zakrzyknął dziadek.

_ To jeszcze nic – kontynuował Pypeć. Czasami jak się nafukała to kazała jej wygrywać na tych pomalowanych ząbkach któryś z jej hitów np. „Ta sama chwila” czy inne gówno.

_ I wygrywała? – zapytał dziadek.

_ Tak, siedziała na niej okrakiem stukając w te jej zęby a ona sobie czasami coś tam mruczała.

_ Niesamowite! A opowiedz nam o planach Beatrycze na przyszłość i jaki masz do nich stosunek?

_ Bluprrr, arrgghhhhh!

_ Co się dzieje – poderwałem się z fotela.

_ Oj chyba serum przestaje działać. Muszę podać kolejną dawkę, która wprowadzi go do stanu pierwotnego. Czas zakończyć ten wywiad. Dziękuję Ci za poświęcony czas Panie Pypciu – zwrócił się do Pypcia dziadek podnosząc się w kierunku strzykawki.

_ A co z nią? Przecież będzie miała traumę do końca życia.

_ Nic jej nie będzie. Jak tylko Pypeć wróci do stanu pierwotnego ostatnia godzina wyparuje jej z głowy – dodał łagodnie dziadek.

Zabrał ze stolika strzykawkę i ponownie napełnił ją czerwonym płynem. Podszedł do charczącego Pypcia i wystraszonej Beatrycze.

_ A teraz spokojnie – rzekł wbijając igłę w Pypcia.

Poczułem ruch powietrza obok głowy i zobaczyłem po chwili białą kulkę zrobioną z papieru, zmierzającą w kierunku dziadka. Niczego niespodziewający się dziadek wystraszył się i szybkim ruchem kciuka docisnął tłok strzykawki do końca. Odwróciliśmy się obaj w kierunku skąd prawdopodobnie przyleciała kulka i zobaczyliśmy dyndającą w powietrzu sprężynkę przyczepioną nad tyłkiem Franca oraz tarzającego się ze śmiechu za nim Ferdynanda.

_ Coś ty narobił?! – krzyknął dziadek. Przedawkowałem! Złoty strzał prawdy.

_ Co to znaczy? – zapytałem.

_ Wszechświat będzie chciał doprowadzić do równowagi.

Nagle oprócz Pypcia charczeć zaczęła również Beatrycze. Twarz nabrzmiała do takich rozmiarów, że knebel związany na szmacie rozwiązał się. Beatrycze wypuszczała pianę z ust jednocześnie pochłaniając szmatę. Tymczasem głowa stawała się coraz większa a oczy naśladowały Arniego z „Pamięci absolutnej”.

_ HAHAHA! Ostatnia godzina z głowy ucieka – zakrzyknął dostojny kocur.

Oprócz głowy zaczęła puchnąć również szyja. Usłyszeliśmy głośny trzask pękającego kręgosłupa i głowa opadła zatrzymując się na podbródku zwisając na kawałku skóry. Włosy zsunęły się na kolana zabierając ze sobą skórę i kość ukazując moim oczom pulsujący mózg. Charczenie ustało.

_ Kryjcie się! – krzyknął dziadek.

Nim zdążyłem zareagować szyja eksplodowała wyrzucając w moim kierunku głowę z dużą prędkością.

 

Pochylała się nade mną miła Pani. Przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Śmierdziało trochę moczem i było bardzo jasno. Śmierdziało nie od niej. Ogólnie. Powoli otwierałem powieki coraz szerzej. Po chwili obok głowy miłej Pani pojawiła się głowa mojej zapłakanej rodzicielki.

_ Co się stało? Gdzie jestem? Czy z dziadkiem, Ferdynandem, Francem, Alberetem i Fredem wszystko w porządku? – zapytałem lekko oszołomiony.

_ Chyba jeszcze leki go trzymają – odpowiedziała matka ocierając łzy z policzków.

_ Mamo, dlaczego płaczesz? Czy głowa Beatrycze Kadzidlak urwała mi rękę albo nogę? Co się dzieje?

_ Nic Ci nie jest syneczku – odpowiedziała mama. Po prostu…zdarzył się wypadek…w szkole… Twoi koledzy…

_ Mamo, o czym ty mówisz? W jakiej szkole? – pośpieszyłem ją.

_ Był wybuch gazu. Cała szkoła się spaliła…wszyscy zginęli. Tragedia! To cud, że Cię tam nie było – zaszlochała ponownie.

_ Ale co z dziadkiem?

_ Jakim dziadkiem? – zapytała wyraźnie zdziwiona.

_ Zamiast do szkoły miałaś mnie zawieźć do dziadka.

_ Chyba rzeczywiście te leki mocno Cię trzymają.

_ Przecież w szkole była kwarantanna. Sama mówiłaś – nie dawałem za wygraną.

_ Nie kochanie, nic takiego nie miało miejsca. Chyba się dość mocno zatrułeś.

_ Nie rozumiem – odparłem opuszczając skołowaną głowę na poduszkę.

_ Na śniadanie wziąłeś dżem z, chyba awokado, do pieczywa. A może to było kiwi? Tak czy inaczej nie zauważyłeś, że był już mocno przeterminowany z kożuchem pleśni na wierzchu. Chwilę po zjedzeniu straciłeś przytomność.

_ Dżem?

_ Tak, już dawno powinnam go wyrzucić. Dostałam go kiedyś od Twojego dziadka. Jak się cieszę, że nic Ci się nie stało.

 

Filip – Niespodziewana wizyta Część 4

Posted: 28th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

grill

Udaliśmy się we trójkę do kuchni, z której prowadziły drzwi prosto do piwnicy. Schodziliśmy ostrożnie ciemnym korytarzem stawiając kroki na krętych schodach. Po 4 minutach miałem wrażenie, że idziemy wieczność. W końcu dotarliśmy do masywnych drzwi. Dziadek lekko postękując otworzył je i weszliśmy do środka. Po zapaleniu światła zobaczyłem wymieszaną z wnętrznościami sporą kałużę krwi, która chwilę wcześniej była Francem.

_ W szafie jest kubeł i szufelka. Szybko ją przynieś. Musimy go pozbierać – zwrócił się do mnie dziadek Henryk.

Tak też uczyniłem. Uklęknąłem i zacząłem delikatnie nabierać szufelką wnętrzności Franca wylewając je następnie do kubła. Tymczasem dziadek uniósł powoli ręcznik i zaczął  strzepywać z niego resztki Franca.

_ Niedobrze. Część już mocno wsiąkła.

Spojrzałem na resztki, które musiałem jeszcze zebrać. Na krwistej plamie pojawiło się wybrzuszenie, które zrobiło bulp i zamieniło się bańkę. Bańka wznosiła się powoli w górę, po czym zrobiła pyk a ja usłyszałem słowo – szybciej. Nabrałem resztki i wlałem do kubła.

_ No cóż, to chyba wszystko – powiedział dziadek, po czym sięgnął do kieszeni przy kolorowej kamizelce. Wlejemy to i zobaczymy, co z tego wyjdzie – dokończył pokazując mi fiolkę z niebieskim płynem. Wyciągnął z niej koreczek i przechylił nad kubełkiem. Zawartość szybko wymieszała się z wnętrznościami Franca. Z głębin kubła zaczęły błyskać kolorowe światła.

_ To jeszcze moje trzy grosze – odezwał się zza naszych pleców dostojny kocur robiąc jednocześnie wymach prawą łapką.

Błysk świateł nie pozwolił mi dostrzec, co wyleciało z łapki dostojnego kocura i wylądowało z pluskiem w kuble migającym jak kolorofon na studniówce. Z kubła zaczął wydobywać się szum a sam pojemnik wibrować. Po chwili eksplodował wypełniając całe pomieszczenie palącym dymem, który zaczął mnie dusić i drażnić w oczy. Zasłoniłem sobie usta jedną ręką, drugą tarłem mokre od łez powieki. Ponownie zza pleców usłyszałem dostojnego kocura. Tym razem śmiał się wniebogłosy.

_ HAHHAHA! Nie wierzę! Spójrzcie na to – krztusił się od własnego śmiechu dostojny kocur.

W powoli opadającym dymie ukazał się Franc. Stał oszołomiony z oczyma utkwionymi w podłogę.

_ Coś ty narobił kocurze? – zakrzyknął dziadek.

_ Chciałem dodać coś od siebie.

_ Mogłeś go zabić! Zaraz po przetworzeniu ciało obce mogło go zabić.

_ Ale nie zabiło. Zobacz jak teraz pięknie wygląda. Ta sprężyna nie mogła lepiej wylądować.

Tak. Znad tyłka Franca wystawała metalowa sprężyna. Była dość elastyczna by się delikatnie wyginać, ale nie zwisała bezwiednie.

_ Franc! – krzyknął dostojny kocur. Widziałeś, co masz nad dupą? Jesteś teraz coś jak….jak…jak mechaniczna świnia! O! HAHA! Mógłbyś grać jakiegoś zwyrola u Kubricka. Szkoda, że go masoni zaciukali.

Franc uniósł głowę i spojrzał w tył.

_ Jebać sprężynę. Coś gorszego się ze mną dzieje – odrzekł. Ferdynand przestał się śmiać. Wszyscy z zainteresowaniem patrzyli na psa.

_ Co się dzieje?  – zapytał dziadek.

_ Nie, to niemożliwe. Ja nie czuję głodu – odparł wyraźnie zszokowany Franc.

_ Oh… – jęknął dziadek.

_ Co OH!? Co się dzieje?

_ No ten…. ręcznik…

_ Co ręcznik, jak to?…. OH!? Nie!! To nie może być to. Szybko! Weź go wyżymaj czy coś. Do kubła czy gdzieś i zmiel mnie jeszcze raz a potem przetwórz – zaczął gorączkowo krzyczeć Franc.

_ Nic się nie da zrobić. Za mocno wsiąkło. Przykro mi, ale Twój żołądek należy teraz do ręcznika.

_ Tak jest skurwysyny! A teraz dajcie mi jeść!

Wszyscy zamilkli i spojrzeli w kierunku kanapy, na której leżał ubrudzony wnętrznościami Franca ręcznik.

_ O nie… jeszcze tego mi było trzeba – jęknął dziadek. Ja już nie mam na to siły.

_ Oddawaj mój żołądek! – krzyknął pies. Ja chce znowu być głodny. Chce znowu to poczuć, chce znowu zaspokajać to uczucie! Oddawaj!

_ Jeść! – krzyknął ręcznik.

_ Mam już dosyć. Filipku, idź ponownie do szafki i wyciągnij z niej proszek do prania. Nakarm ręcznik i niech ten hałas się wreszcie skończy.

Podszedłem do szafki i wyciągnąłem z niej proszek tak jak kazał mi dziadek oraz dodatkowo miarkę. Podszedłem do ręcznika. Popatrzyłem na niego i zapytałem dziadka – Co teraz?

_ Syp gnoju! – wydarł się na mnie ręcznik.

Nabrałem pełną miarkę i delikatnie zacząłem go posypywać. Momentalnie zaczął nabierać duże ilości powietrza przez materiał. Przynajmniej tak to brzmiało. Wysypałem całą miarkę.

_ Jeszcze jedna ścieżka kmiocie! – wydarł się ponownie ręcznik.

_ Nabierz tym razem połowę. To jest ręcznik do rąk. Nie potrzebuję kolejnego grubego ręcznika z froty.

Zrobiłem jak kazał dziadek, po czym złożyłem zesztywniały  ręcznik i zaniosłem do szafki.

Tymczasem wyraźnie zmęczony dziadek oklapł na fotelu.

_ Zmielcie mnie i wrzućcie też ręcznik do kubła – nie dawał za wygraną Franc.

_ Nic to nie da. Zginiesz zaraz po przetworzeniu – odparł znużony dziadek.

Również poczułem zmęczenie, więc jak i dziadek rozejrzałem się za wolnym fotelem, na którym sobie pacnąłem. Przez chwilę panowała cisza. Nikt się do nikogo nie odzywał. Postanowiłem przerwać ten niezręczny moment.

_ Czy oprócz tego, że panuje tu kult dziwactwa i jedzenia macie jakieś inne rozrywki? Jest internet? Może posiedzę sobie w sieci.

_ Nie, nie ma tu internetu. Zasięgu również nie ma. Nie mam telewizora. Wolę sam robić programy telewizyjne.

_ Jak to? – zapytałem, czym wyraźnie ożywiłem dziadka.

_ Sam robię programy. Dzięki temu mogę decydować o ich treści a także czasie pokazywania.

_ Na czym robisz? Nagrywasz kamerą i później sam montujesz? – zacząłem dociekać.

_ Która to godzina? Hmmm. Skoro jednak mamy gościa. Albert! Fred! Pozwólcie do mnie – krzyknął dziadek.

Otworzyły się drzwi, z których wybiegło dwóch rosłych mężczyzn wydających się z siebie gromkie “ HO!” przy każdym podskoku. Obaj byli dobrze zbudowani, chociaż brzuchy dość mocno odstawały. Obaj również posiadali cienkie lekko zakręcone wąsy pod nosem i ubrani byli w obcisły strój w pasy przypominający starodawne kobiece stroje kąpielowe. Ustawili się przed dziadkiem z zadartymi nosami prezentując wyprostowane sylwetki.

_ WitamyWitamy! – zakrzykneli jednocześnie. Za wcześnieZa wcześnie.

_ Wiem, ale mamy gościa i chciałbym mu pokazać jeden z moich ulubionych programów – odpowiedział dziadek.

_ BoksBoks – zakrzyknęli, a jakże, jednocześnie, po czym odskoczyli od siebie. Podnieśli gardy ubrane w rękawice bokserskie i zaczęli wykonywać okrężne ruchy rąk naprzeciw siebie przekrzykując się na wzajem swoim “HO!”.

_ Nie – powiedział dziadek. Który z Was zostawił ręcznik po treningu?

Zaprzestali machania rękawicami. Opuścili ręce i ponownie stanęli jak wcześniej.

_ OnOn – odpowiedzieli.

_ Dzisiaj chcę moje zaplanowane na wtorek realityshow.

_ Z kimZ kim? – zapytali.

_ Przyprowadźcie mi… hmmmm. Niech będzie Beatrycze Kadzidlak. Piosenkarka.

_ Tak jestTak jest – odpowiedzieli rośli bokserzy oddalając się do pomieszczenia, z którego przyszli.

_ Spodoba Ci się – zwrócił się do mnie dziadek w już zdecydowaniem lepszym humorze.

_ Rozumiem. Czyli zatrudniasz sobie ludzi, którzy odgrywają jakieś scenki dla Ciebie? – zapytałem.

_ Dokładnie tak – odpowiedział dziadek.

_ Ok. Dalej. Rozumiem sport czy jakiś teatr, ale odtwarzanie jednego z większych badziewi wymyślonego przez telewizję, jakim jest reality show? Moim zdaniem, słabo – nie dawałem za wygraną.

_ O i tu się mylisz. To nie jest typowe reality show. Z resztą, sam się przekonasz.

Drzwi obok szafki z szufelką i karmą dla ręcznika otworzyły się i w ich progu pojawili się kolejno Albert, Fred i na samym końcu Beatrycz Kadzidlak. Starsza kobieta z burzą włosów na głowie. Uśmiechnięta od ucha do ucha dumnie kroczyła za bokserami.

_ Proszę usiąść sobie wygodnie na fotelu – odezwał się dziadek w kierunku gościa.

_ Dziękuję bardzo – odpowiedziała Beatrcz siadając.

 

Filip – Niespodziewana wizyta Część 3

Posted: 27th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

Cat

Odwrócił się i podszedł do drzwi. Były masywne i miały dziwną klamkę. Świńska głowa podzielona na dwie części, ale tylko z prawej strony wystawał kieł przy pomocy, którego można było otworzyć właśnie tę jedną połówkę.

– Gdzie drugi kieł?

– Nie jest mi potrzebny.

– Nie otwierasz drugiej połówki?

– Już od wieków nie wymieniałem mebli i nie zapowiada się.

Znaleźliśmy się w sieni. Po lewej stronie było wielkie lustro. Dziadek wziął ode mnie kurtkę i odsunął lustrzaną ściankę. Zawartość przypominała skrzyżowanie trupy cyrkowej z marzeniem estradowego transwestyty.

Dziadek pochwycił wieszak i zawiesił odzienie. Czas na buty. Po prawej stronie były skrytki na listy. Oczywiście nie były to skrytki na listy tylko większe skrytki przypominające skrytki na listy normalnych rozmiarów zawierające buty. Skoro już o tym wspominam powinienem ubrać słowo buty w cudzysłów. Wszelkie rozmiary i kształty, jakie śnią się architektom budynków, które się zawaliły. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co się dzieje ze stopą po zrobieniu 7 kroków. Nauka szkieletu z obszaru samej stopy byłaby na lekcji anatomii zaliczona na 6. Odznaczały się jedna wspólną cechą. Każdy z nich miał na czubku przyczepiony jakiś przedmiot lub coś zwisające na łańcuszku. Wstawiłem buty w jedną ze skrytek. Weszliśmy do pomieszczenia, które jak mi się zdaje, było salonem. Na środku leżał dywan. Na prawo prosty stół, który niczym się nie wyróżniał. Przy pozostałych ścianach stały fotele obite zielonym materiałem.

– Usiądź sobie FIlipku. Czy na pewno nic Ci się nie stało po tym upadku? Spodnie wyglądają na mocno zniszczone. Kto wie, co się dzieje w kolanie.

– Nie, jest okej.To tylko małe zadrapanie.

– Napijesz się czegoś? Może zaparzę Ci ciepłej herbaty?

– Na razie dziękuję.

– No to opowiadaj, co tam u Ciebie słychać?

– Serio? Chcesz mnie zamęczać taką serią pytań? – odpowiedziałem zirytowany

– Masz rację, zapomniałem, że zdolniacha z Ciebie a nie jakiś tam pierwszy lepszy smarkacz – uśmiechnął się od ucha do ucha. W sumie domyślasz się, skoro tutaj jesteś, że od jakiegoś czasu relacje pomiędzy mną i Twoją matką poprawiły się. Myślę, że na starość znów zapragnąłem poczuć, że mam rodzinę. Córkę i wnuka.

_ Tak, mama coś wspominała, że miedzy Wami jest trochę lepiej.

Nastąpiła chwilowa przerwa w trakcie której poczułem mocne burczenie w brzuchu. Zdziwiłem się. Przecież dopiero co jadłem śniadanie. Mimowolnie wypuściłem strumień powietrza jakby mi się odbiło. Poczułem lekką ulgę.

_ Wszystko w porządku? – zapytał dziadek.

_ Zaburczało mi mocno w brzuchu. Wszystko w porządku.

_ O! To się świetnie składa! Zaraz podam Ci coś specjalnego – zakrzyknął dziadek.

_ Nie nie! Nie trzeba – zacząłem się bronić. Może jednak śniadanie mi się źle w żołądku ułożyło.

_ Nic z tych rzeczy! Zaraz Ci coś przyniosę.

Nim zdążyłem ponownie zaprotestować dziadek zerwał się ze swojego fotela i pognał do kuchni. Nie mając nic innego do roboty zacząłem rozglądać się po pokoju. Moją uwagę zwróciły dwie rzeczy: jedna ze ścian była zasłonięta na całej długości jakąś szmatą oraz w ścianie na przeciwko znajdowała się dziura przypominająca wejście z dwóru/pola dla psa lub kota. W tym drugim przypadku nie pomyliłem się. Chwilę po wyjściu dziadka do kuchni, z otworu wyszedł stwór, którego poznałem podczas przejścia przez tunel agresywnych winorośli. Spokojnym krokiem w moim kierunku zmierzał dostojny kocur pobrzękując dzwoneczkami. W połowie drogi zatrzymał się i usiadł na mięsie.

_ Niezłe to było, co? – powiedział do mnie.

_ Co? – odpowiedziałem nieszczególnie zdziwiony.

_ No to?

_ Ale co dokładnie?

_ No tam, w tunelu.

_ To z tymi krzewami i moim ubraniem?

_ To z krzewami to bułka z masłem. Chodzi mi o mój show.

_ Twoje pojawienie się.

_ HEHE! Objawienie! Tak… chodzi mi o to. Niezłe, co?

_ No niezłe – odpowiedziałem znudzony, czym chyba zaskoczyłem dostojnego kocura.

_ To twoja wina.

_ Jaka wina?

_ No to objawienie. Twoja wina. Dotknąłeś.

_ Dotknąłem czego?

_ Twój dziadek mówił, że jesteś mądry. Wyśmieję go jak wróci.

_ Zanim wróci będzie Cię goniła wstążka ujeżdżająca Twój ogon – wycedziłem przez zęby.

_ Łohoho! Już dobra dobra. Dotknąłeś bramy, na której był mój specyfik, czyli..

_ Ferdynandzie, co tu się wyrabia? – wykrzyknął powracający z kuchni dziadek Henryk.

Spłoszony dostojny kocur wskoczył na najbliższy fotel i przeciągnął się.

_ A nic. Chciałem się pochwalić moim show – odpowiedział skończywszy gimnastykę.

_ Twoje show będzie Cię kosztowało nowe spodnie dla tego młodzieńca – rzekł dziadek stawiając przede mną tace z trzema sucharkami.

_ Miałem już na śniadanie.

_Słucham?

_ Mówię, że to samo jadłem już na śniadanie.

_ To tylko przygrywka do uwertury. Zaraz dostaniesz do tego coś, czego jeszcze nigdy nie jadłeś. Walembert.

_ Słucham?

_ Walembert.

Powtarzając po raz ostatni tę tajemniczą nazwę, podszedł do ściany zasłoniętej płachtą, która przykuła moja uwagę chwilę wcześniej. W rogu  na samym końcu była mała skrzyneczka przyczepiona do ściany z czerwonym guzikiem, której wtedy nie zauważyłem. Dziadek nacisnął guziczek i przy akompaniamencie piskliwych dźwięków kotara przy ścianie zaczęła się rozsuwać. Kiedy tylko dźwięki ucichły oczom mym ukazał się niecodzienny widok. Otóż cała ściana była pokryta trawą. No może nie do końca trawą. Było to raczej coś, co przypominało glony pokrywające kamienie w wodzie, ale ładnie przystrzyżone. Cały obszar podzielony był na równe kwadraciki oddzielone wyraźnymi ścieżkami. Po środku zaś był niewielki obszar, na którym nic nie rosło. Stała tam mała chatka oraz dwa niewielkie budyneczki.

_ Co to jest? – zapytałem.

_ To, mój drogi, Twój posiłek. Pyszny walembert. Specjalny gatunek grzyba uprawianego na ścianie. Czyż to nie jest piękne? Zobacz jak wspaniale utrzymane! Jaka symetria! Wszystko to dzięki niezawodnemu Horche!

_ Kto?

_ Horche. Mój ogrodnik – odpowiedział dziadek sięgając do tylnej kieszeni wyciągając z niej krótkofalówkę. Horche? Jesteś? – zagadał do krótkofalówki.

Po chwili trzasków odpowiedział mu głos.

_ Jestem jestem. Co tak wcześnie? To nie pora obiadu a dopiero co było przecież śniadanie – odezwał się Horche.

_ Mamy dzisiaj specjalnego gościa. Przyjechał mój wnuczek. Skoś dziesięć taczek walemberta i wrzuć do transporterka.

_ Już się robi szefie – zatrzeszczało w krótkofalówce.

_Trzymaj i oglądaj – zwrócił się do mnie dziadek dając mi lornetkę.

Z małego domku pośrodku dużego poletka wyszedł mały człowieczek ubrany jak typowy amerykański farmer. Koszula rednecka i kapelusz słomkowy. Do spodni przyczepione szelki. Udał się do niewielkiego budynku, z którego po chwili przy akompaniamencie ledwo słyszalnego parkotu wyjechał małym traktorkiem z podczepioną małą przyczepką, na której znajdowały się małe taczki.

_ Jadę do sektora G10 – odezwało się walkie talkie. Powinno być już dojrzałe.

Po kilku minutach, znajdując się zapewne w sektorze G10, Horche zatrzymał swój traktorek. Zdjął z przyczepki taczki oraz kosę i zaczął ścinać walemberta. Po ścięciu 10 taczek i zrzuceniu ich na przyczepkę wrócił na swoją farmę. Zdjął z przyczepki taczki i wprowadził traktorek wraz z walembertem znajdującym się na przyczepce do magazynu. Po kliku chwilach z okien budynku uderzyło jasne światło i odezwała się dziadkowa krótkofalówka.

_ Gotowe.

_ Dziękuję Ci Horche. Do usłyszenia! – odpowiedział dziadek.

Podszedł do stołu, na którym stała zakryta maselniczka. Podał mi ją. Podniosłem wieczko i moim oczom ukazała się bryłka w kształcie mydła koloru zielonego.

_ Weź nożyk i posmaruj sobie sucharki – poinstruował mnie dziadek.

Tak też uczyniłem i bez obaw ugryzłem pierwszy kęs. W smaku przypominało trochę awokado, czyli tak naprawdę nie można go było porównać do niczego. Tak jak awokado. Mimo to po zjedzeniu dwóch sucharków poczułem sytość.

_ Dziękuję, już wystarczy – zwróciłem się do dziadka oddając talerzyk z ostatnim posmarowanym sucharkiem.

_ Schowam to szybko, bo przyjdzie Franc i będzie awantura – odrzekł dziadek zmierzając w kierunku kuchni.

Nim jednak dotarł do celu odezwał się głos.

_ Dawaj to!

Przy otworze, z którego wyszedł dostojny kocur stał pulchny mops.

_ Dawaj to powiedziałem – powtórzył mops.

_ Wiesz, że nie możesz tego dostać. To nie jest pora Twojego posiłku – odpowiedział dziadek nie przerywając swojego marszu ku kuchni.

_ Ohoho! Przyszedł Pan Spaślak! – rzucił z fotela dostojny kocur.

_ Stul żyłki przy nosie sierściuchu albo zaraz wskoczę do Ciebie i zrobię porządek – warknął Franc.

_ Wskoczyć to Ty powinieneś, co najwyżej na wagę, żeby się załamać – zaśmiał się dostojny kocur.

_ Milcz! Jestem zły i głodny! Chcę jeść!!

Dostojny kocur podniósł się na łapkach, kątem oka spojrzał w kierunku kuchni, po czym odezwał się do mopsa.

_ Ty zawsze jesteś zły i jeszcze częściej głodny. Patrz, co tu mam – powiedział dostojny kocur wyciągając z czeluści sierści chrupka z psiej karmy.

_ O w mordę! Chrupek! Dawaj go!

_ Nic nie dostaniesz obleśny grubasie.

_ Dawaj to albo przejdę się do Ciebie!

_ Goń się!

Zdenerwowany Franc podbiegł do fotela, na którym wylegiwał się dostojny kocur żonglujący chrupkiem. Zaczął skakać i drapać w obicie desperacko próbując się na niego wspiąć jednak za każdym razem mu się to nie udawało.

_ Zrób sobie dziurę w biodrze i sakaj swój tłuszcz tłuściochu! – zaśmiał się dostojny kocur.

Ta obelga musiała wyzwolić w mopsie ukryte moce, ponieważ w nieopisany sposób udało mu się wskoczyć na fotel i dopaść dostojnego kocura. Zaczął się rwetes, kopanina i wielkie kotłowanie. Franc zażarcie walczył z dostojnym kocurem o magicznego chrupka z psiej karmy. W pewnym momencie chrupek wypadł z kocich pazurków i natrafił na trajektorię zbliżającej się z dużą prędkością łapy Franca. Rozpędzony chrupek przeleciał jak kometa przez cały pokój i uderzył w ścianę lądując niefortunnie na farmie Horche.  Wszyscy w pokoju zamarli.

_ Skurwysyny! – rozległ się po chwili głos w krótkofalówce. Pieprzone sierściuchy! Na święte pestycydy! Moje taczki! Coście narobili?!

_ Co tu się dzieje!? – zakrzyknął dziadek wracając z kuchni. Horche? Jesteś cały? Nic Ci się nie stało?

_ Mi nic. Ale taczki…. – urwał smutno.

_Nie martw się, załatwię Ci nowe. Wy dwaj! Co tu się dzieje? – wrzasnął wskazując na psa i kota.

_ Jestem głodny! To się dzieje!

_Wiesz, że nie możesz jeść o tej porze! Jesteś na diecie!

_ W dupie mam dietę!

_ W dupie to Ty masz tonę tłu… – zaczął dostojny kocur.

_ Spokój! – krzyknął dziadek.

Obrażony Franc zeskoczył z niewielkimi problemami na podłogę i przeszedł na środek pokoju.

_ Sam zadbam o siebie – rzucił chwytając leżący na podłodze dywan. Trzymając mocno w pysku jego krawędź odciągnął ścianę.

_ Nie rób tego, będziesz żałował – zawyrokował dziadek.

_ Mam to w dupie! Milcz kocie! Jestem głodny.

Pod dywanem znajdowała się krata. A może raczej metalowa wycieraczka. Była okrągła i nie było widać, co się pod nią znajduje. Tak czy siak dalej obrażony Franc pomaszerował na krawędź kraty, usiadł na mięsie i zaczął szorować jak typowy pies z robakami.

_ Będziesz żałował – powtórzył dziadek.

Tymczasem Franc kręcił już drugie kółeczko na kracie w podłodze. Podczas trzeciego okrążenia pojawiła się krew. Przy czwartym Francowi oderwał się ogon od kręgosłupa zwisając przyczepiony kawałkiem skóry do grzbietu. Pojawiło się więcej krwi a po chwili z Franca zaczęły wypadać wnętrzności przelatując przez metalową kratę. Niestrudzony Franc parł dalej siłą swoich przednich łapek aż tylne starły się do końca i również przeleciały przez kratę. Przy piętnastym okrążeniu Franc nie miał już większości tułowia. Ogon też już dawno oderwał się i zniknął w tajemniczym pomieszczeniu pod podłogą. Dwudzieste okrążenie i do tylnych łap dołączyły przednie. Na kracie leżała już tylko umazana we krwi głowa Franca.

_ Nie masz wyboru sieurściuchu! Do roboty – krzyknął Franc.

Dostojny kocur podniósł się niespiesznie z fotela. Zeskoczył na podłogę i podszedł do głowy Franca.

_ Mógłbym Ci nalać. Wiesz?

_ Ale tego nie zrobisz. Do roboty – syknął.

Dostojny kocur podskoczył w powietrzu i wylądował na głowie Franca. Powtarzał to do momentu aż głowa Franca eksplodował i mózg przeleciał przez kratę. Docisnął kawałki czaszki tak, że i wpadły do dziurek.

_ Uparty tłuścioch – rzekł dostojny kocur wracając na fotel.

_ Gdzie on jest?  – zapytałem w kierunku dziadka.

_ W piwnicy. Tam ma poukrywane pewnie swoje smakołyki. Trzeba zejść i mu pomóc.

<bulp>….<pyk> Kurwa <bulp>….<pyk> mać! <bulp>….<pyk> kto <bulp>….<pyk> położył <bulp>….<pyk> ręcznik <bulp>….<pyk> na <bulp>….<pyk> podłodze!

_ Ups! Albo Albert albo Fred, któryś z nich musiał zostawić ręcznik po treningu przed dzisiejszym programem. Jednak trzeba się tam udać jak najszybciej – zakrzyknął dziadek

Filip – Niespodziewana wizyta Część 2

Posted: 26th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

Droga do

Wpatrzony w okno przez cała drogę nie myślałem o niczym. Zastanawiałem się, jaki jest teraz dziadek Henryk. Czy dalej jest takim dziwakiem? A może jest już zmurszałym dziadkiem kurczącym się od siły czasu dochodzący do wniosku, że trzeba wrócić do łona, bo to całe wyjście było jednym wielkim nieporozumieniem. I ta zwisająca rurka od butli z tlenem też jest już nieznośnie wkurwiająca. Ocknąłem się dopiero, gdy podjechaliśmy pod bramę wjazdową.

– Wyskakuj. Odbiorę Cię po południu – powiedziała matka nachylając się w celu pocałowania mnie w policzek. Odsunąłem się i zapytałem – Nie wjeżdżamy? Mam iść sam?

– Brama jest zamknięta na łańcuch, ale szpara jest na tyle duża, że na pewno się przeciśniesz. Poza tym nie chce fatygować dziadka. No już, wyskakuj.

Pozwoliłem na pożegnalny pocałunek w policzek i wysiadłem z samochodu. Mama pomachała mi przez szybę i prawie spalając sprzęgło ruszyła przed siebie. Patrzyłem jak niknie za horyzontem. Odwróciłem się w kierunku bramy. Była masywna, pokryta zielonym mchem i porośnięta bluszczem. Po obu jej stronach ciągnął się wysoki mur, którego końca nie mogłem dojrzeć. On także był porośnięty i na tyle wysoki, że widziałem jedynie jesienne niebo. Obróciłem się na pięcie. Gęsty las, który mogłem przejrzeć jedynie na długość kilku metrów. Wróciłem ponownie do poprzedniego kierunki i zacząłem zbliżać się do bramy. Gimnastykując się tak, aby nie dotknąć jej ubraniem przeszedłem pomiędzy skrzydłami pod grubym łańcuchem. Po drugiej stronie zobaczyłem ścieżkę, nad która rozpościerał się tunel w kształcie halfpipe’u zbudowany z lekkiej konstrukcji. Porastała go jakaś roślina. Wydawało mi się, że to winorośl. O tej porze krzew już nie miał liści. Konstrukcja była bardzo gęsto pokryta gołymi gałązkami. Po obu stronach tunelu również rósł gęsty las jednak w porównaniu z tym przed bramą wydawał się jeszcze bardziej nieprzenikniony. Po zrobieniu kilku kroków nie byłbym w stanie zapewne przedrzeć się dalej. Ruszyłem przed siebie. Ścieżka była wyłożona kostką, spomiędzy której wyrastały kępki trawy. Po kilku krokach krzaki porastające tunel były już tak gęste, że nie byłem w stanie dojrzeć co się za nimi znajduje a światło słoneczne i tak już mocno ograniczone przez chmury ledwo dawało radę. Wydawało mi się, że idę już dobrą minutę a mimo to dalej nie widziałem końca tunelu. Co gorsza po odwróceniu się zdałem sobie sprawę, że wyjście też zniknęło mi z zasięgu wzroku. Może tunel lekko skręca? – pomyślałem.

Spojrzałem pod nogi. Miałem wrażenie, że kostki bruku zaczynają drgać. Zatrzymałem się, uniosłem wzrok. Nabrałem haust świeżego powietrza. Ruszyłem dalej i ponownie spojrzałem pod nogi. To już nie było zwykłe drganie. Przypominało raczej zabawę kostką rubika. Nie traciłem jednak równowagi. Jakbym unosił się milimetry nad ścieżką. Zauważyłem ruch przed sobą i zobaczyłem, że pokrywające konstrukcję tunelu gałęzie zaczynają się poruszać. Falując delikatnie pochylały się nade mną i wracały na swoje miejsce. W pewnym momencie poczułem czyiś dotyk na włosach. Odwróciłem się szybko, ale nic nie zobaczyłem. Nie czułem strachu. Tak na prawdę to nie czułem nic. Wydawało mi się to dziwne. Nie czuć nic. Odwróciłem się ponownie. Tym razem gałęzie kołysały się coraz gwałtowniej. Zaczęły smagać mnie po głowie, ale nie czyniły mi krzywdy. Jedna z gałęzi zahaczyła o kołnierz kurtki rozrywając w jednym miejscu. Dźwięk prutego materiału rozjuszył je jeszcze bardziej. Zaczęły uderzać coraz intensywniej. Kolejna gałąź złapała mnie ponownie za kurtkę, ale tym razem nie puściła. Odzienie rozdarło się na klatce piersiowej. Nie czułem żadnego oporu. Jakby była z masła albo sera. Po prostu rozdarła się i spadła ze mnie. Kolejne gałęzie agresywnie pochwyciły leżącą na ziemi kurtkę i zaczęły rozszarpywać. Przyspieszyłem kroku dalej nie czując strachu. Następne suche, zwisające patyki zaczęły krążyć wokół mojej bluzy i spodni. Chwilę później w jednym, skoordynowanym ruchu, pochwyciły wszystko, co miałem na sobie i zerwały ze mnie. Zatrzymałem się. Dalej się nie bałem. Spojrzałem w dół. Nie miałem na sobie nawet butów. Stałem nagi nie czując zimna. Strach też nie nadszedł. Rozejrzałem się wokół. Po ubraniach nie było śladu. Gałęzie jakby uspokojone falowały  delikatnie czając się jak wąż szykujący się do ataku. Nagle wszystkie zamarły w ruchu. Spomiędzy nich zaczęła wysuwać się gałąź. Nie była jednak taka jak pozostałe. Widać było, że krążą w niej soki witalne a gdzieniegdzie rosły jeszcze małe, zielone listki. Smukła gałąź powoli przesunęła się w kierunku mojej twarzy. Wydawało mi się, że wpatruje się we mnie. Następnie obniżyła się do poziomu klatki piersiowej i zniżając się dalej dotarła do mojego miejsca intymnego. Tam się zatrzymała. Dalej nic nie czułem, chociaż wiedziałem o tym, że powinienem coś czuć. Strach? Może zażenowanie albo wstyd. Zacząłem zastanawiać się czy kiedykolwiek będę w stanie ponownie coś czuć. Wydawało mi się, że mogę już nigdy sobie nie przypomnieć, jakim uczuciem jest czucie, że nie znajdę sposobu, aby ponownie uruchomić w sobie ten mechanizm. Ale nawet świadomość tego nie była w stanie mnie przerazić. Z obserwującej mnie gałęzi zaczęła wyrastać kolejna mała zielona gałązka. Wiła się wokół własnej osi aż do uzyskania wystarczającego dla niej rozmiaru. Odgięła się nagle do tyłu i z impetem trafiła mnie w lewe jądro. Rozszedł się dźwięk jak po uderzeniu w gong. Skóra zaczęła drżeć a ja dalej nie czułem nic. Drżenie powoli słabło aż w końcu ustało. Nagle zauważyłem jak coś wychodzi z mojego penisa. Najpierw pomyślałem, że to jakiś robak jak pluskwa ze względu na czułka. Czułek jednak było za dużo i wydawały się elastyczne, bardziej jak sierść. Dziwna rzecz zaczęła się dalej wysuwać. Wyglądało to jak ogon. Czarny ogon z białym ciapkiem na końcu. Nagle penis zwiększył się wyraźnie i po ogonie pojawiły się dwie łapki z różowymi poduszeczkami i małymi, białymi pazurkami. Nóżki wysunęły się już w całości. Dalej wychodził tułów a wzdłuż niego kolejna para łapek. Stworzenie zatrzymało się na chwilę w procesie uwalniania się. Tułów wraz z łapkami wisiał bezwiednie pomiędzy moimi nogami. Po chwili ogon zaczął machać i stwór ponownie się wysuwał. W pewnym momencie oderwał się od mojego ciała i spadł na ziemię. Stał przede mną dostojny kocur z uwieszonymi jajkami na szyi. Moimi. Byłymi.  Potrząsnął całym ciałem jak pies odganiający się od kropel próbujących spacyfikować sierść. Skóra opadła i zamiast jajek na szyi wisiały dwa małe dzwoneczki. Dostojny kocur przysiadł na mięsie (tak, dobrze odczytaliście, na mięsie. Zawsze mnie denerwowało jak kot siadał gołym dupskiem na miejscu, na którym nie powinno się siadać. To coś w stylu, że po dżelato należy myć ręce), popatrzył na mnie i zaczął myć swoją lewą łapkę pobrzękując dzwoneczkami. Po kilku liźnięciach zacharczał i splunął na ziemię. Popatrzył na mnie żółtymi oczami, odwrócił się i zaczął się oddalać. Postanowiłem iść za nim. Nie miałem większego wyboru. Dalej tkwiłem w tym cholernym tunelu. Kiedy tylko ruszyłem Dostojny kocur przyspieszył kroku. Zacząłem gubić go. Również i ja przyśpieszyłem krzycząc, aby zaczekał. Potknąłem się. Nie wiem, o co ale nagle stało się coś dziwnego. Czasami w snach masz sekwencję zdarzeń stanowiących większy lub mniejszy sens, ale jako spójność. Dzieją się w jakiejś określonej scenerii. Nagle zostajesz przeniesiony w zupełnie inne miejsce. Następuje przeskok. Masz wrażenie, że ktoś uciął taśmę filmową. Może chciał wstawić zdjęcie penisa dla kawału. Sens ogólnych wydarzeń w śnie nie zostaje zaburzony. Jednak ciało fizycznie czuje się dziwnie. Wie, że coś jest nie tak. Klęcząc na kolanach ze zdartą lewą dłonią doznałem czegoś podobnego. Nie musiałem się rozglądać, aby zdać sobie sprawę, że moje otoczenie się zmieniło, że na pewno nie jestem już w tunelu z agresywnego krzewu.

– Filipie, nic Ci się nie stało?

– Nie, wszystko w porządku.

Nie musiałem starać się rozpoznawać tego głosu. To nie mógłby być nikt inny jak tylko mój dziadek Henryk. Podniosłem się, otarłem dłonie i spojrzałem przed siebie. Wysoka postać w szatach przywodzących na myśl czarodzieja spoglądała na mnie radośnie. Wyciągnięta dłoń z pomocnej zamieniła się w powitalną.

– Co Ty tutaj robisz Filipie? Gdzie jest Twoja mama?

– Jak to? Nie wiesz? Nie dzwoniła do Ciebie?

– Może i dzwoniła, ale mój kruk zdechł tydzień temu i nie miałem czasu żeby nauczyć nowego wydawania odpowiednich melodii oraz cierpliwości do bycia rażonym prądem. Przez moment nawet rozważałem zakup papugi. Wiesz, telefon i sekretarka, dwa w jednym.

– Tak, tak. W szkole jest syfilis więc musiała znaleźć dla mnie przechowalnię.

– Rozumiem. Wejdźmy zatem do środka, nie stójmy na zewnątrz.

Filip – Niespodziewana wizyta Część 1

Posted: 25th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

WIzyta u dziadka

Filip wstawaj! Ewentualnie. Filipku pobudka! Chociaż nie. Filip wstawaj. Tak, to by wystarczyło. Oczywiście zaintonowane z dołu. W sensie rozmieszczenia pomieszczeń w budynku mieszkalnym, w którym rezydowaliśmy. Bardzo niewiele potrzeba bym się obudził. Filip wstawaj! Tak zapewne robią normalni rodzice. Nie u mnie. Chociaż tak na prawdę to też ciężko o użycie określenia normalna rodzina. Nie mam na myśli patologii szeroko rozumianej. Ciężko również o użycie określenia “rodzina”. Słowo określające co najmniej dwie osoby. Płeć nieistotna. Warunek konieczny to liczba mnoga. Minimum. Tymczasem jest tylko ona, sama, jako część rodzicielska. I ja. Ja, jako ja jest mi wystarczające. To nie reklama proszku do prania.

Nie pamiętamy zbyt wiele z wczesnego okresu naszego pobytu na tym padole. Najczęściej nic. Ze mną jest podobnie. Z resztą, kto by chciał pamiętać permanentne obsrany tyłek i zasikane krocze. Twarz umazana w papkach. Kupa, jedzenie i darcie japy.

Zatem. Czy pamiętam początki pobudek? Oczywiście, że nie. Zakładam, że nigdy nie było normalnie. Przynajmniej w mojej definicji normalnego budzenia. Mimo wszystko nie odpuszczam. Skupiam się. Jak to się zaczęło? Może jednak. Jakieś traumatyczne przeżycia wycinające bliznę na mojej psychice. To ewentualnie mogłoby zadziałać. Zastanawiam się przez 17 sekund. Nie. To chyba jest nie do namierzenia.

Tylko dźwięki. Uderzały szybko i z całą swoją mocą. Nie było mowy o Filipkowaniu. Delikatnym pukaniu w drzwi. Szepcie. Moja matka Michael Dudikoff. Ninja lvl.8. Zawsze byłem w stanie wyobrazić sobie jak do tego doszło. Po fakcie. Scenariuszy i możliwości nie może być dużo. Zapewne specjalnie wkładała kapcie. Nawet jak było ciepło. Wilgotne od potu stopy mogłyby zacząć przylegać do podłogi i hałasować. Tak, kapcie zdecydowanie musiały znajdować się w wyposażeniu. Czy kroczyła na palcach niczym baletnica? Czarny łabędź. Bardziej pasuje. Teoretycznie nie musiała. Podeszwy na grubym filcu. Natchnienie nudnych, zimowych wieczorów. Mogła nawet sunąć w nich tak jak chodzi się po rżysku. Drzwi. Chociaż one mogłyby być moim sprzymierzeńcem. Skrzypienie bądź opór stawiany przez futrynę. Cokolwiek. Niestety wszyscy potencjalni moi sprzymierzeńcy należeli do niej. Podejrzewam, że najpierw dociskała klamkę do samego końca. Tą samą ręką na pewno nie pchała drzwi do środka. Dla utrzymania równowagi opuszkami palców drugiej dociskała je tym razem pchając do środka. W tym momencie oceniała zapewne pierwszy etap. Sukces czy porażka? Żadnego ruchu z mojej strony. Sukces. Drugi etap to już bułka z masłem. Jakakolwiek technika. Dwie sekundy po uzyskaniu pełnych możliwości wydobywania jakichkolwiek dźwięków przez zawiasy w drzwiach była u celu. Chwyt z obu stron i rozłożenie rąk jak nauczyciel rozdzielający dwóch bijących się łobuzów za szkołą. Kiedyś były mordercze, metalowe żabki. Od jakiegoś czasu zastępowane przez ich plastikowych pobratymców. Nie mniej hałaśliwych. Szybciej otwieram oczy czy też dostaję zawału serca? Różnie reaguję. Czasami zrywam się jakby ktoś mnie poraził prądem. Czasami zapadam się jeszcze głębiej w czeluściach kołdry. Jeżeli poranek jest bezchmurny matka zalicza tzw. double XP. Przy drugiej, jeżeli zbyt szybko nie dam do zrozumienia, że się odplączę, jest duża szansa na ściągnięcie kołdry na podłogę. Tak czy inaczej pada magiczne słowo “wstawaj”. Napastnik opuszcza mój pokój i udaje się z powrotem do kuchni.

Istnieją budziki. Ich cykanie doprowadziłoby mnie na skraj wyczerpania nerwowego. Jak wszystko, co głośne i miarowe. Zwłaszcza w nocy. Zwłaszcza przy absolutnej ciszy mając wrażenie, że słyszy się przepływający prąd przez ukryte w ścianie kable. Walanie się z boku na bok na początku czy atak serca na końcu? Wychodzę z założenia, że łatwiej uodpornić się na drugie.

Obracam się na tyłku jak na krześle obrotowym. Zsuwam się prosto w kapcie. Złączam dłonie nad głową i przeciągam w kompletnie nieskoordynowanych ruchach. Ziew i idę do łazienki. Kępką włosów na lewej półkuli jak zwykle w kompletnej rozsypce. Myć całą czy zmoczyć tylko zdewastowany fragment? Decyduje się na całość. Wyciągam z szafki rozrzedzony szampon i stawiam na umywalce. Nachylam się nad nią i odkręcam niebieski kurek. Następnie zabieram się za czerwony pieszcząc niczym Kwinto sejf. Zbyt energiczny ruch i piszczałbym od wrzątku. Witaj Joker. Pozwolisz, że rzucę monetą i zdecyduję o Twoim życiu. Test palcem skłania mnie do włożenia głowy pod strumień. Rozprowadzam wodę po włosach. Sięgam po szampon i i przechylam butelkę nad dłonią. Cholera! Większość płynu przelała mi się przez palce i wylądowała w umywalce. Zapomniałem. Rozrzedzone. Druga próba bardziej ostrożniejsza. Szybkimi ruchami rozprowadzam pianę po włosach. Woda wciąż leci. Szkoda mi jej, ale ponowne ustawianie nie wchodzi w grę (widzę oczyma wyobraźni moich wnuków snujących się po wyschniętej pustyni. Idą kawalkadą prowadzeni przez Mela Gibsona. Boże, jak bardzo tęskniliby za Kevinem Costnerem i jego wodnym światem). Dociera do mnie jakiś dźwięk z dołu. Produkt mowy. Zdecydowanie. Chyba coś do mnie mówi. Ona. Pewnie żebym się sprężał. Tylko po co? Czyżbym miał jechać znowu do Helgi zamiast do szkoły? Natura czy suszarka? Po suszarce będę wyglądał jak stóg siana. Może mnie nie przewieje. Schodzę na dół. Na stole czeka już na mnie kakao oraz bezwartościowy chleb tostowy. Nic więcej. Zastanawiam się, kiedy nadejdzie taki czas, że wzorem amerykańskim matka zacznie przestawiać mnie na kukurydzę. Nie, tak się raczej nie stanie. Polscy rolnicy nie dadzą sobie dmuchać w zboża. Siadam.

– Co mam z tym niby zrobić i czy coś do mnie mówiłaś?

– Tak, krzyczałam żebyś się sprężał, bo mamy mało czasu.

Wyszła do pokoju.

– Co mam niby z tym zrobić? – zapytałem ponownie z jednej drugiej pierwszego pytania.

– Weź coś sobie z lodówki. Tylko ruchy błagam.

Podniosłem się ze stołka i podszedłem do lodówki oblepionej moimi piątkowymi pracami. Kolejna bzdura od hodowców dzieci z ADHD. Otwieram drzwi i rozglądam się za czymś, co mógłbym przygotować i wchłonąć w tempie sprężarki. Łapię za dżem i wracam na miejsce. Otwieram słoik, sięgam po nóż. Posmarowałem sobie trzy kromki chleba tostowego i z miną zawieszonego komputera patrząc się na jakiś punkt w kuchni przeżułem wszystkie trzy. Odczekałem chwilę aż mi się ułożyło w brzuchu i popiłem ciepłym kakao. Z marazmu wybudził mnie dźwięk kroków matki wracającej do kuchni.

– A  w ogóle to, po co mam się sprężać? Jak rozumiem, skoro się sprężamy to zawozisz mnie do Helgi a nie do szkoły a do niej jest przecież blisko.

– Nie jedziemy do Helgi.

Zamieram na chwilę. Obracam się mówiąc przez ramię.

– Jak to nie? A do kogo? Jeżeli chcesz mnie zostawić u jednego z tych swoich kolesi to wybacz, wolę już zostać w domu. Sam ze sobą będę bezpieczniejszy. Co się dzieje w szkole? Żółtaczka, cholera, syfilis? Mogę się zarazić żółtaczką, cholerą czy czymkolwiek, co teraz się tam panoszy. Serio, wolę.

– Spokojnie, nikt z moich kolesi niestety nie ma dzisiaj czasu. Zabieram cię do dziadka Henryka.

Spokojnie? Ja mam być spokojny? Dziadka nie widziałem już od wielu lat. To mnie raczej nie uspokoiło. Poza tym nie przepadam za rodziną.

– To on jeszcze żyje? Dawno nas nie odwiedzał. Szczerze średnio go już pamiętam.

– Mówiłam Ci, że słabo się dogadywaliśmy. Dlatego się nie pojawiał. Jakiś czas temu odnowiliśmy kontakty. Suchy poziom, bez szaleństw. Dzisiaj nie mam wyboru. Zbieraj się.

Zaczynam rozmyślać o dziadku. Świta mi jednak co nieco. Odwiedzał nas w święta. W wakacje przyjeżdżał na dłużej. Jakiś weekend z podpiętym poniedziałkiem i piątkiem. Uwielbiałem go tak jak dzieci uwielbiają wszystko, co dziwne i zabawne. Wraz z przyrostem szarych komórek moje uwielbiam zmieniło się w słowo dziwak. Z czasem dziadek zaczął zmniejszać częstotliwość swoich wizyt aż do ostatecznego ustania. Co było powodem? No cóż. Moja kochana matka. Nie wytłumaczyłem jeszcze skąd np. wzięła się niemożność określania moich najbliższych korzeni z drzewa genealogicznego, jako rodziny. Otóż nie miałem nigdy ojca. Nie, błędnie zakładacie. Nie jestem dziełem szklanej pipety. Tak jak natura przykazała zostałem wyprodukowany w naturalny sposób.  Ktoś włożył penisa w waginę mojej matki i się nie wyrobił. Oczywiście natura nie wlewała alkoholu w jej usta, co w największym stopniu spowodowało ingerencję ciał obcych we wspomnianą waginę matki. Wlewanych strumieni wyrzutów sumienia o poranku nikt już jednak nie żałował.

Moja kochana matka. Wolny umysł, którego żadne łańcuchy nie były w stanie ujarzmić. Zerwała kontakt z dawcą. Nie przyznała się, że jest w ciąży i co najważniejsze, postanowiła wydać mnie na łaskę świata. Czy to źle czy dobrze? Szare komórki wciąż się mnożą, ale za wcześnie żeby oceniać. Tak czy inaczej, był to jeden z wielu wyskoków mojej szalonej matki. Wyskoków, które oczywiście nie podobały się jej ojcu. Stąd zapewne przerwa w jakichkolwiek relacjach.

Kobieta towarzyska, świadoma swojego intelektu, który nie przekuwała na sukces w kwestiach bezpieczeństwa finansowego. Płynęła przez życie. Kuter, który łowi tyle, aby przeżyć i dać satysfakcję z tego, co wpadnie w sieć. Cięty humor nieoszczędzający nawet syna. I właśnie dzięki temu, mimo iż mam 13 lat, czuje się mentalnie jak stary pierdziel. Towarzyska. Czy już używałem tego określenia wobec rodzicielki wcześniej? Tak czy inaczej odkąd pamiętam i zanim poszedłem do szkoły otaczali mnie tylko dorośli. Ich osobowość wymieszana z alkoholem dała mi niezłą szkołę. Część była słodka jak wata cukrowa. Pozostali dali mi nieźle w kość, za co jestem im wdzięczny.

W szkole miałem przez to kłopoty. Rówieśników traktowałem jak ameby. Klasę wyżej i dwie również. Gdyby przełożyć mój poziom emocjonalny i siłę charakteru na wzrost to zgniatałbym ich na chodniku. Ewentualnie podnosił i wyrzucał na pobocze. Druga wizyta matki u dyrektora utwierdziła w przekonaniu, że coś musi ze mną zrobić. Marnowanie czasu na wyjazdy do szkoły były irytujące a matka nienawidziła jak przelatuje jej przez palce. Godzinna rozmowa i wytłumaczenie, że rówieśników trzeba jednak przenosić na pobocze wystarczyły. Oczywiście nie przekonało mnie samo wytłumaczenie. Matka świetnie wiedziała jak wejść mi na psychikę.

Skoro nie mogłem ze swoimi rówieśnikami to folgowałem sobie z “rówieśnikami” matki. Imprez nigdy nie brakowało, więc mogłem się wyżyć. Kiedyś wróciła do domu z jakimś kolesiem. Lekko podchmielona. On z resztą też. Siedziałem akurat w salonie i oglądałem jakiś durny film. Byłem strasznie senny, ponieważ nie mogłem iść spać dopóki nikogo poza mną nie było w domu. W sensie nie mogłem zasnąć. Wtoczyli się przez drzwi frontowe. Matka zawołała mnie.

– Filip jeszcze nie śpisz? Podejdź na chwilę.

Wyłączyłem telewizor i poczłapałem się do nich. Kolejny nażelowany palant w sweterku. Jezu, że też matkę kręcą takie półgłówki.

– To jest Artur, kolega z pracy.

– O proszę! Prawdziwy mężczyzna już z niego – powiedział Artur nachylając się w celu wytarmoszenia mnie po grzywce.

Odsunąłem głowę w tył.

– Skoro ze mnie prawdziwy mężczyzna to, po co się nachylasz, żeby mnie macać po głowie? Byłeś ministrantem u swojego lokalnego proboszcza? Służyłeś? Klękałeś?

Spojrzałem na lekko rozbawioną matkę.

– Zamów mu lepiej taksówkę. Jego stara pewnie gubi wałki z niepokoju. Już późno.

Matka nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Szybko jednak zasłoniła usta, opanowała się, złapała mnie delikatnie za głowę, obróciła jak kluczyk w budziku i nakierowała na schody prowadzące na górę.

– Idź już spać mój młody mężczyzno.

Poczłapałem się na górę. Żelatynie chyba się nie spodobało, że zakpiłem z niego a matkę to rozbawiło. Cóż, przynajmniej się wyspałem. Żadnego jęczenia dobiegającego z pokoju matki. No i więcej już go nie widziałem.

Taka właśnie jest moja matka. Tak czy siak czekała mnie wizyta u dziadka.