Skalp z albinosa

Posted: 9th Sierpień 2015 by sushilabel in Bźdźągwa

codc Był taki czas. Wynikający z natury prawnej, która to definiowała, mój gąbczasty wówczas mózg należy moczyć w wiedzy podawanej w czterech obdrapanych ścianach szkoły podstawowej. Może ciężko w to uwierzyć. Przynajmniej w moim przypadku. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku szkoły publicznej również do mojej uczęszczały dzieci pochodzące z różnych grup społecznych. Jako posiadacz gąbczastego mózgu, tak samo jak i pozostały wkład mięsny w postaci uczniów, dzieliliśmy się według dóbr materialnych postrzeganych naocznie. Czasami w skrajnych przypadkach również pod kątem fizycznej kubatury. Każdy należał do jakiejś grupy. Niekiedy do kilku. Wszystko zależało od percepcji drugiej strony. W zależności od sytuacji, czasu i miejsca, było się ofiarą. Albo katem. Gąbczasty mózg absolutnie nie reagował. Może chodziło o dostosowanie się. Chęć prześlizgnięcia się lub umocnienia pozycji. Lepszej, gorszej. Z wiekiem, przywodząc na myśl, można poczuć się nieswojo, może sięgnąć po popiół. Czy coś się zmieniło? Gdyby jednak popatrzeć z boku, gdy czas i doświadczenie życiowe utwardziły gąbczasty mózg, można odnaleźć podobieństwa? Może dzieje się to samo, ale w wersji bardziej dojrzalszej? Czy za 30 lat znowu zazna się uczucia lekkiego ukłucia i trzeba będzie spuścić wzrok idąc ulicą?

Z racji odległości oraz ukształtowania terenu wypadało korzystać ze szkolnego autobusu. Chociaż, z perspektywy czasu, może było to niezamierzone działanie pro-eko? Tak czy siak jazda autobusem rządziła się również swoimi regułami. Siedzenia podzielone na kasty. Nikt nie chciał siedzieć obok kogoś z innej grupy. Pamiętam trójkę rodzeństwa. Pochodzili z jakiejś patorodziny. Niczym nie zawinili, ale nikogo wtedy to nie obchodziło. Liczyło się tylko, żeby nie dostać od nich „raka”. Izolować się i unikać. Nie byli napiętnowani fizycznie. Może to i gorzej. Zawsze to jakiś kontakt z drugim człowiekiem. Wiążąc czas i ich postacie, zapamiętałem jedną rzecz. To, co było od nich czuć. Nie, nie śmierdzieli. Czuć było coś innego, coś niezwiązanego z potem, hardkorowym brakiem higieny lub czymś w ten deseń. To było coś dziwnego, ale nieodrzucającego.

Kilka dni temu pracując pedałowaniem nad adonisowym wyglądem, przejeżdżając nad duszącą Autostradą Wolności, przecinając chłodny park miejski z dogorywającym oczkiem wodnym i tabliczką „Zakaz pływania”, zabudowane niczym getto osiedla, gdzie sąsiedzi wiedzą, co będzie na obiad/kolacje u innych, po kostce, progach zwalniających, asfalcie i wertepach, ponownie poczułem ten dziwny zapach. Poczułem się nieswojo i przypomniałem sobie tę trójkę dzieciaków. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać jak dalej potoczyły się ich losy. Czy udało im się wykaraskać z chujowego startu, jaki sprezentowali rodzice. Nieważne. Skąd ten zapach? Przerzuciłem moją uwagę z widoku zachodzącego słońca oraz dźwięków Rinse FM w tempie 175 uderzeń na minutę, na doprecyzowanie, gdzie obecnie się znajduję. Była to droga otoczona bezkresnymi połaciami kwitnącej kukurydzy. A więc o to chodzi.

Roślina, która utrzymuje USA przy życiu i karmi ich obywateli. Nawet ryby zajadają się ze smakiem. Nadprodukcja ludzi powoduje konieczność wymyślenia sposobu na ich wyżywienie. Kukurydza. Symbol pójścia na skróty, monopolu, dzisiejszych upałów oraz modyfikacji samolubnych genów. A może by tak z pięciu stówek zamiast na każde dziecko, część odpalić dodatkowo rolnikom na dotowanie uprawy kukurydzy. Pięć stówek i tak nic nie zmieni a tak to chociażby gwarancja była, że nikt głodny by nie chodził. Jak wiadomo, człowiek głodny to go głowa boli i na pracy nie może się skupić. Kto wtedy kraj z ruiny wyciągnie?