Filip – Niespodziewana wizyta Część 4

Posted: 28th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

grill

Udaliśmy się we trójkę do kuchni, z której prowadziły drzwi prosto do piwnicy. Schodziliśmy ostrożnie ciemnym korytarzem stawiając kroki na krętych schodach. Po 4 minutach miałem wrażenie, że idziemy wieczność. W końcu dotarliśmy do masywnych drzwi. Dziadek lekko postękując otworzył je i weszliśmy do środka. Po zapaleniu światła zobaczyłem wymieszaną z wnętrznościami sporą kałużę krwi, która chwilę wcześniej była Francem.

_ W szafie jest kubeł i szufelka. Szybko ją przynieś. Musimy go pozbierać – zwrócił się do mnie dziadek Henryk.

Tak też uczyniłem. Uklęknąłem i zacząłem delikatnie nabierać szufelką wnętrzności Franca wylewając je następnie do kubła. Tymczasem dziadek uniósł powoli ręcznik i zaczął  strzepywać z niego resztki Franca.

_ Niedobrze. Część już mocno wsiąkła.

Spojrzałem na resztki, które musiałem jeszcze zebrać. Na krwistej plamie pojawiło się wybrzuszenie, które zrobiło bulp i zamieniło się bańkę. Bańka wznosiła się powoli w górę, po czym zrobiła pyk a ja usłyszałem słowo – szybciej. Nabrałem resztki i wlałem do kubła.

_ No cóż, to chyba wszystko – powiedział dziadek, po czym sięgnął do kieszeni przy kolorowej kamizelce. Wlejemy to i zobaczymy, co z tego wyjdzie – dokończył pokazując mi fiolkę z niebieskim płynem. Wyciągnął z niej koreczek i przechylił nad kubełkiem. Zawartość szybko wymieszała się z wnętrznościami Franca. Z głębin kubła zaczęły błyskać kolorowe światła.

_ To jeszcze moje trzy grosze – odezwał się zza naszych pleców dostojny kocur robiąc jednocześnie wymach prawą łapką.

Błysk świateł nie pozwolił mi dostrzec, co wyleciało z łapki dostojnego kocura i wylądowało z pluskiem w kuble migającym jak kolorofon na studniówce. Z kubła zaczął wydobywać się szum a sam pojemnik wibrować. Po chwili eksplodował wypełniając całe pomieszczenie palącym dymem, który zaczął mnie dusić i drażnić w oczy. Zasłoniłem sobie usta jedną ręką, drugą tarłem mokre od łez powieki. Ponownie zza pleców usłyszałem dostojnego kocura. Tym razem śmiał się wniebogłosy.

_ HAHHAHA! Nie wierzę! Spójrzcie na to – krztusił się od własnego śmiechu dostojny kocur.

W powoli opadającym dymie ukazał się Franc. Stał oszołomiony z oczyma utkwionymi w podłogę.

_ Coś ty narobił kocurze? – zakrzyknął dziadek.

_ Chciałem dodać coś od siebie.

_ Mogłeś go zabić! Zaraz po przetworzeniu ciało obce mogło go zabić.

_ Ale nie zabiło. Zobacz jak teraz pięknie wygląda. Ta sprężyna nie mogła lepiej wylądować.

Tak. Znad tyłka Franca wystawała metalowa sprężyna. Była dość elastyczna by się delikatnie wyginać, ale nie zwisała bezwiednie.

_ Franc! – krzyknął dostojny kocur. Widziałeś, co masz nad dupą? Jesteś teraz coś jak….jak…jak mechaniczna świnia! O! HAHA! Mógłbyś grać jakiegoś zwyrola u Kubricka. Szkoda, że go masoni zaciukali.

Franc uniósł głowę i spojrzał w tył.

_ Jebać sprężynę. Coś gorszego się ze mną dzieje – odrzekł. Ferdynand przestał się śmiać. Wszyscy z zainteresowaniem patrzyli na psa.

_ Co się dzieje?  – zapytał dziadek.

_ Nie, to niemożliwe. Ja nie czuję głodu – odparł wyraźnie zszokowany Franc.

_ Oh… – jęknął dziadek.

_ Co OH!? Co się dzieje?

_ No ten…. ręcznik…

_ Co ręcznik, jak to?…. OH!? Nie!! To nie może być to. Szybko! Weź go wyżymaj czy coś. Do kubła czy gdzieś i zmiel mnie jeszcze raz a potem przetwórz – zaczął gorączkowo krzyczeć Franc.

_ Nic się nie da zrobić. Za mocno wsiąkło. Przykro mi, ale Twój żołądek należy teraz do ręcznika.

_ Tak jest skurwysyny! A teraz dajcie mi jeść!

Wszyscy zamilkli i spojrzeli w kierunku kanapy, na której leżał ubrudzony wnętrznościami Franca ręcznik.

_ O nie… jeszcze tego mi było trzeba – jęknął dziadek. Ja już nie mam na to siły.

_ Oddawaj mój żołądek! – krzyknął pies. Ja chce znowu być głodny. Chce znowu to poczuć, chce znowu zaspokajać to uczucie! Oddawaj!

_ Jeść! – krzyknął ręcznik.

_ Mam już dosyć. Filipku, idź ponownie do szafki i wyciągnij z niej proszek do prania. Nakarm ręcznik i niech ten hałas się wreszcie skończy.

Podszedłem do szafki i wyciągnąłem z niej proszek tak jak kazał mi dziadek oraz dodatkowo miarkę. Podszedłem do ręcznika. Popatrzyłem na niego i zapytałem dziadka – Co teraz?

_ Syp gnoju! – wydarł się na mnie ręcznik.

Nabrałem pełną miarkę i delikatnie zacząłem go posypywać. Momentalnie zaczął nabierać duże ilości powietrza przez materiał. Przynajmniej tak to brzmiało. Wysypałem całą miarkę.

_ Jeszcze jedna ścieżka kmiocie! – wydarł się ponownie ręcznik.

_ Nabierz tym razem połowę. To jest ręcznik do rąk. Nie potrzebuję kolejnego grubego ręcznika z froty.

Zrobiłem jak kazał dziadek, po czym złożyłem zesztywniały  ręcznik i zaniosłem do szafki.

Tymczasem wyraźnie zmęczony dziadek oklapł na fotelu.

_ Zmielcie mnie i wrzućcie też ręcznik do kubła – nie dawał za wygraną Franc.

_ Nic to nie da. Zginiesz zaraz po przetworzeniu – odparł znużony dziadek.

Również poczułem zmęczenie, więc jak i dziadek rozejrzałem się za wolnym fotelem, na którym sobie pacnąłem. Przez chwilę panowała cisza. Nikt się do nikogo nie odzywał. Postanowiłem przerwać ten niezręczny moment.

_ Czy oprócz tego, że panuje tu kult dziwactwa i jedzenia macie jakieś inne rozrywki? Jest internet? Może posiedzę sobie w sieci.

_ Nie, nie ma tu internetu. Zasięgu również nie ma. Nie mam telewizora. Wolę sam robić programy telewizyjne.

_ Jak to? – zapytałem, czym wyraźnie ożywiłem dziadka.

_ Sam robię programy. Dzięki temu mogę decydować o ich treści a także czasie pokazywania.

_ Na czym robisz? Nagrywasz kamerą i później sam montujesz? – zacząłem dociekać.

_ Która to godzina? Hmmm. Skoro jednak mamy gościa. Albert! Fred! Pozwólcie do mnie – krzyknął dziadek.

Otworzyły się drzwi, z których wybiegło dwóch rosłych mężczyzn wydających się z siebie gromkie “ HO!” przy każdym podskoku. Obaj byli dobrze zbudowani, chociaż brzuchy dość mocno odstawały. Obaj również posiadali cienkie lekko zakręcone wąsy pod nosem i ubrani byli w obcisły strój w pasy przypominający starodawne kobiece stroje kąpielowe. Ustawili się przed dziadkiem z zadartymi nosami prezentując wyprostowane sylwetki.

_ WitamyWitamy! – zakrzykneli jednocześnie. Za wcześnieZa wcześnie.

_ Wiem, ale mamy gościa i chciałbym mu pokazać jeden z moich ulubionych programów – odpowiedział dziadek.

_ BoksBoks – zakrzyknęli, a jakże, jednocześnie, po czym odskoczyli od siebie. Podnieśli gardy ubrane w rękawice bokserskie i zaczęli wykonywać okrężne ruchy rąk naprzeciw siebie przekrzykując się na wzajem swoim “HO!”.

_ Nie – powiedział dziadek. Który z Was zostawił ręcznik po treningu?

Zaprzestali machania rękawicami. Opuścili ręce i ponownie stanęli jak wcześniej.

_ OnOn – odpowiedzieli.

_ Dzisiaj chcę moje zaplanowane na wtorek realityshow.

_ Z kimZ kim? – zapytali.

_ Przyprowadźcie mi… hmmmm. Niech będzie Beatrycze Kadzidlak. Piosenkarka.

_ Tak jestTak jest – odpowiedzieli rośli bokserzy oddalając się do pomieszczenia, z którego przyszli.

_ Spodoba Ci się – zwrócił się do mnie dziadek w już zdecydowaniem lepszym humorze.

_ Rozumiem. Czyli zatrudniasz sobie ludzi, którzy odgrywają jakieś scenki dla Ciebie? – zapytałem.

_ Dokładnie tak – odpowiedział dziadek.

_ Ok. Dalej. Rozumiem sport czy jakiś teatr, ale odtwarzanie jednego z większych badziewi wymyślonego przez telewizję, jakim jest reality show? Moim zdaniem, słabo – nie dawałem za wygraną.

_ O i tu się mylisz. To nie jest typowe reality show. Z resztą, sam się przekonasz.

Drzwi obok szafki z szufelką i karmą dla ręcznika otworzyły się i w ich progu pojawili się kolejno Albert, Fred i na samym końcu Beatrycz Kadzidlak. Starsza kobieta z burzą włosów na głowie. Uśmiechnięta od ucha do ucha dumnie kroczyła za bokserami.

_ Proszę usiąść sobie wygodnie na fotelu – odezwał się dziadek w kierunku gościa.

_ Dziękuję bardzo – odpowiedziała Beatrcz siadając.