Filip – Niespodziewana wizyta Część 3

Posted: 27th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

Cat

Odwrócił się i podszedł do drzwi. Były masywne i miały dziwną klamkę. Świńska głowa podzielona na dwie części, ale tylko z prawej strony wystawał kieł przy pomocy, którego można było otworzyć właśnie tę jedną połówkę.

– Gdzie drugi kieł?

– Nie jest mi potrzebny.

– Nie otwierasz drugiej połówki?

– Już od wieków nie wymieniałem mebli i nie zapowiada się.

Znaleźliśmy się w sieni. Po lewej stronie było wielkie lustro. Dziadek wziął ode mnie kurtkę i odsunął lustrzaną ściankę. Zawartość przypominała skrzyżowanie trupy cyrkowej z marzeniem estradowego transwestyty.

Dziadek pochwycił wieszak i zawiesił odzienie. Czas na buty. Po prawej stronie były skrytki na listy. Oczywiście nie były to skrytki na listy tylko większe skrytki przypominające skrytki na listy normalnych rozmiarów zawierające buty. Skoro już o tym wspominam powinienem ubrać słowo buty w cudzysłów. Wszelkie rozmiary i kształty, jakie śnią się architektom budynków, które się zawaliły. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co się dzieje ze stopą po zrobieniu 7 kroków. Nauka szkieletu z obszaru samej stopy byłaby na lekcji anatomii zaliczona na 6. Odznaczały się jedna wspólną cechą. Każdy z nich miał na czubku przyczepiony jakiś przedmiot lub coś zwisające na łańcuszku. Wstawiłem buty w jedną ze skrytek. Weszliśmy do pomieszczenia, które jak mi się zdaje, było salonem. Na środku leżał dywan. Na prawo prosty stół, który niczym się nie wyróżniał. Przy pozostałych ścianach stały fotele obite zielonym materiałem.

– Usiądź sobie FIlipku. Czy na pewno nic Ci się nie stało po tym upadku? Spodnie wyglądają na mocno zniszczone. Kto wie, co się dzieje w kolanie.

– Nie, jest okej.To tylko małe zadrapanie.

– Napijesz się czegoś? Może zaparzę Ci ciepłej herbaty?

– Na razie dziękuję.

– No to opowiadaj, co tam u Ciebie słychać?

– Serio? Chcesz mnie zamęczać taką serią pytań? – odpowiedziałem zirytowany

– Masz rację, zapomniałem, że zdolniacha z Ciebie a nie jakiś tam pierwszy lepszy smarkacz – uśmiechnął się od ucha do ucha. W sumie domyślasz się, skoro tutaj jesteś, że od jakiegoś czasu relacje pomiędzy mną i Twoją matką poprawiły się. Myślę, że na starość znów zapragnąłem poczuć, że mam rodzinę. Córkę i wnuka.

_ Tak, mama coś wspominała, że miedzy Wami jest trochę lepiej.

Nastąpiła chwilowa przerwa w trakcie której poczułem mocne burczenie w brzuchu. Zdziwiłem się. Przecież dopiero co jadłem śniadanie. Mimowolnie wypuściłem strumień powietrza jakby mi się odbiło. Poczułem lekką ulgę.

_ Wszystko w porządku? – zapytał dziadek.

_ Zaburczało mi mocno w brzuchu. Wszystko w porządku.

_ O! To się świetnie składa! Zaraz podam Ci coś specjalnego – zakrzyknął dziadek.

_ Nie nie! Nie trzeba – zacząłem się bronić. Może jednak śniadanie mi się źle w żołądku ułożyło.

_ Nic z tych rzeczy! Zaraz Ci coś przyniosę.

Nim zdążyłem ponownie zaprotestować dziadek zerwał się ze swojego fotela i pognał do kuchni. Nie mając nic innego do roboty zacząłem rozglądać się po pokoju. Moją uwagę zwróciły dwie rzeczy: jedna ze ścian była zasłonięta na całej długości jakąś szmatą oraz w ścianie na przeciwko znajdowała się dziura przypominająca wejście z dwóru/pola dla psa lub kota. W tym drugim przypadku nie pomyliłem się. Chwilę po wyjściu dziadka do kuchni, z otworu wyszedł stwór, którego poznałem podczas przejścia przez tunel agresywnych winorośli. Spokojnym krokiem w moim kierunku zmierzał dostojny kocur pobrzękując dzwoneczkami. W połowie drogi zatrzymał się i usiadł na mięsie.

_ Niezłe to było, co? – powiedział do mnie.

_ Co? – odpowiedziałem nieszczególnie zdziwiony.

_ No to?

_ Ale co dokładnie?

_ No tam, w tunelu.

_ To z tymi krzewami i moim ubraniem?

_ To z krzewami to bułka z masłem. Chodzi mi o mój show.

_ Twoje pojawienie się.

_ HEHE! Objawienie! Tak… chodzi mi o to. Niezłe, co?

_ No niezłe – odpowiedziałem znudzony, czym chyba zaskoczyłem dostojnego kocura.

_ To twoja wina.

_ Jaka wina?

_ No to objawienie. Twoja wina. Dotknąłeś.

_ Dotknąłem czego?

_ Twój dziadek mówił, że jesteś mądry. Wyśmieję go jak wróci.

_ Zanim wróci będzie Cię goniła wstążka ujeżdżająca Twój ogon – wycedziłem przez zęby.

_ Łohoho! Już dobra dobra. Dotknąłeś bramy, na której był mój specyfik, czyli..

_ Ferdynandzie, co tu się wyrabia? – wykrzyknął powracający z kuchni dziadek Henryk.

Spłoszony dostojny kocur wskoczył na najbliższy fotel i przeciągnął się.

_ A nic. Chciałem się pochwalić moim show – odpowiedział skończywszy gimnastykę.

_ Twoje show będzie Cię kosztowało nowe spodnie dla tego młodzieńca – rzekł dziadek stawiając przede mną tace z trzema sucharkami.

_ Miałem już na śniadanie.

_Słucham?

_ Mówię, że to samo jadłem już na śniadanie.

_ To tylko przygrywka do uwertury. Zaraz dostaniesz do tego coś, czego jeszcze nigdy nie jadłeś. Walembert.

_ Słucham?

_ Walembert.

Powtarzając po raz ostatni tę tajemniczą nazwę, podszedł do ściany zasłoniętej płachtą, która przykuła moja uwagę chwilę wcześniej. W rogu  na samym końcu była mała skrzyneczka przyczepiona do ściany z czerwonym guzikiem, której wtedy nie zauważyłem. Dziadek nacisnął guziczek i przy akompaniamencie piskliwych dźwięków kotara przy ścianie zaczęła się rozsuwać. Kiedy tylko dźwięki ucichły oczom mym ukazał się niecodzienny widok. Otóż cała ściana była pokryta trawą. No może nie do końca trawą. Było to raczej coś, co przypominało glony pokrywające kamienie w wodzie, ale ładnie przystrzyżone. Cały obszar podzielony był na równe kwadraciki oddzielone wyraźnymi ścieżkami. Po środku zaś był niewielki obszar, na którym nic nie rosło. Stała tam mała chatka oraz dwa niewielkie budyneczki.

_ Co to jest? – zapytałem.

_ To, mój drogi, Twój posiłek. Pyszny walembert. Specjalny gatunek grzyba uprawianego na ścianie. Czyż to nie jest piękne? Zobacz jak wspaniale utrzymane! Jaka symetria! Wszystko to dzięki niezawodnemu Horche!

_ Kto?

_ Horche. Mój ogrodnik – odpowiedział dziadek sięgając do tylnej kieszeni wyciągając z niej krótkofalówkę. Horche? Jesteś? – zagadał do krótkofalówki.

Po chwili trzasków odpowiedział mu głos.

_ Jestem jestem. Co tak wcześnie? To nie pora obiadu a dopiero co było przecież śniadanie – odezwał się Horche.

_ Mamy dzisiaj specjalnego gościa. Przyjechał mój wnuczek. Skoś dziesięć taczek walemberta i wrzuć do transporterka.

_ Już się robi szefie – zatrzeszczało w krótkofalówce.

_Trzymaj i oglądaj – zwrócił się do mnie dziadek dając mi lornetkę.

Z małego domku pośrodku dużego poletka wyszedł mały człowieczek ubrany jak typowy amerykański farmer. Koszula rednecka i kapelusz słomkowy. Do spodni przyczepione szelki. Udał się do niewielkiego budynku, z którego po chwili przy akompaniamencie ledwo słyszalnego parkotu wyjechał małym traktorkiem z podczepioną małą przyczepką, na której znajdowały się małe taczki.

_ Jadę do sektora G10 – odezwało się walkie talkie. Powinno być już dojrzałe.

Po kilku minutach, znajdując się zapewne w sektorze G10, Horche zatrzymał swój traktorek. Zdjął z przyczepki taczki oraz kosę i zaczął ścinać walemberta. Po ścięciu 10 taczek i zrzuceniu ich na przyczepkę wrócił na swoją farmę. Zdjął z przyczepki taczki i wprowadził traktorek wraz z walembertem znajdującym się na przyczepce do magazynu. Po kliku chwilach z okien budynku uderzyło jasne światło i odezwała się dziadkowa krótkofalówka.

_ Gotowe.

_ Dziękuję Ci Horche. Do usłyszenia! – odpowiedział dziadek.

Podszedł do stołu, na którym stała zakryta maselniczka. Podał mi ją. Podniosłem wieczko i moim oczom ukazała się bryłka w kształcie mydła koloru zielonego.

_ Weź nożyk i posmaruj sobie sucharki – poinstruował mnie dziadek.

Tak też uczyniłem i bez obaw ugryzłem pierwszy kęs. W smaku przypominało trochę awokado, czyli tak naprawdę nie można go było porównać do niczego. Tak jak awokado. Mimo to po zjedzeniu dwóch sucharków poczułem sytość.

_ Dziękuję, już wystarczy – zwróciłem się do dziadka oddając talerzyk z ostatnim posmarowanym sucharkiem.

_ Schowam to szybko, bo przyjdzie Franc i będzie awantura – odrzekł dziadek zmierzając w kierunku kuchni.

Nim jednak dotarł do celu odezwał się głos.

_ Dawaj to!

Przy otworze, z którego wyszedł dostojny kocur stał pulchny mops.

_ Dawaj to powiedziałem – powtórzył mops.

_ Wiesz, że nie możesz tego dostać. To nie jest pora Twojego posiłku – odpowiedział dziadek nie przerywając swojego marszu ku kuchni.

_ Ohoho! Przyszedł Pan Spaślak! – rzucił z fotela dostojny kocur.

_ Stul żyłki przy nosie sierściuchu albo zaraz wskoczę do Ciebie i zrobię porządek – warknął Franc.

_ Wskoczyć to Ty powinieneś, co najwyżej na wagę, żeby się załamać – zaśmiał się dostojny kocur.

_ Milcz! Jestem zły i głodny! Chcę jeść!!

Dostojny kocur podniósł się na łapkach, kątem oka spojrzał w kierunku kuchni, po czym odezwał się do mopsa.

_ Ty zawsze jesteś zły i jeszcze częściej głodny. Patrz, co tu mam – powiedział dostojny kocur wyciągając z czeluści sierści chrupka z psiej karmy.

_ O w mordę! Chrupek! Dawaj go!

_ Nic nie dostaniesz obleśny grubasie.

_ Dawaj to albo przejdę się do Ciebie!

_ Goń się!

Zdenerwowany Franc podbiegł do fotela, na którym wylegiwał się dostojny kocur żonglujący chrupkiem. Zaczął skakać i drapać w obicie desperacko próbując się na niego wspiąć jednak za każdym razem mu się to nie udawało.

_ Zrób sobie dziurę w biodrze i sakaj swój tłuszcz tłuściochu! – zaśmiał się dostojny kocur.

Ta obelga musiała wyzwolić w mopsie ukryte moce, ponieważ w nieopisany sposób udało mu się wskoczyć na fotel i dopaść dostojnego kocura. Zaczął się rwetes, kopanina i wielkie kotłowanie. Franc zażarcie walczył z dostojnym kocurem o magicznego chrupka z psiej karmy. W pewnym momencie chrupek wypadł z kocich pazurków i natrafił na trajektorię zbliżającej się z dużą prędkością łapy Franca. Rozpędzony chrupek przeleciał jak kometa przez cały pokój i uderzył w ścianę lądując niefortunnie na farmie Horche.  Wszyscy w pokoju zamarli.

_ Skurwysyny! – rozległ się po chwili głos w krótkofalówce. Pieprzone sierściuchy! Na święte pestycydy! Moje taczki! Coście narobili?!

_ Co tu się dzieje!? – zakrzyknął dziadek wracając z kuchni. Horche? Jesteś cały? Nic Ci się nie stało?

_ Mi nic. Ale taczki…. – urwał smutno.

_Nie martw się, załatwię Ci nowe. Wy dwaj! Co tu się dzieje? – wrzasnął wskazując na psa i kota.

_ Jestem głodny! To się dzieje!

_Wiesz, że nie możesz jeść o tej porze! Jesteś na diecie!

_ W dupie mam dietę!

_ W dupie to Ty masz tonę tłu… – zaczął dostojny kocur.

_ Spokój! – krzyknął dziadek.

Obrażony Franc zeskoczył z niewielkimi problemami na podłogę i przeszedł na środek pokoju.

_ Sam zadbam o siebie – rzucił chwytając leżący na podłodze dywan. Trzymając mocno w pysku jego krawędź odciągnął ścianę.

_ Nie rób tego, będziesz żałował – zawyrokował dziadek.

_ Mam to w dupie! Milcz kocie! Jestem głodny.

Pod dywanem znajdowała się krata. A może raczej metalowa wycieraczka. Była okrągła i nie było widać, co się pod nią znajduje. Tak czy siak dalej obrażony Franc pomaszerował na krawędź kraty, usiadł na mięsie i zaczął szorować jak typowy pies z robakami.

_ Będziesz żałował – powtórzył dziadek.

Tymczasem Franc kręcił już drugie kółeczko na kracie w podłodze. Podczas trzeciego okrążenia pojawiła się krew. Przy czwartym Francowi oderwał się ogon od kręgosłupa zwisając przyczepiony kawałkiem skóry do grzbietu. Pojawiło się więcej krwi a po chwili z Franca zaczęły wypadać wnętrzności przelatując przez metalową kratę. Niestrudzony Franc parł dalej siłą swoich przednich łapek aż tylne starły się do końca i również przeleciały przez kratę. Przy piętnastym okrążeniu Franc nie miał już większości tułowia. Ogon też już dawno oderwał się i zniknął w tajemniczym pomieszczeniu pod podłogą. Dwudzieste okrążenie i do tylnych łap dołączyły przednie. Na kracie leżała już tylko umazana we krwi głowa Franca.

_ Nie masz wyboru sieurściuchu! Do roboty – krzyknął Franc.

Dostojny kocur podniósł się niespiesznie z fotela. Zeskoczył na podłogę i podszedł do głowy Franca.

_ Mógłbym Ci nalać. Wiesz?

_ Ale tego nie zrobisz. Do roboty – syknął.

Dostojny kocur podskoczył w powietrzu i wylądował na głowie Franca. Powtarzał to do momentu aż głowa Franca eksplodował i mózg przeleciał przez kratę. Docisnął kawałki czaszki tak, że i wpadły do dziurek.

_ Uparty tłuścioch – rzekł dostojny kocur wracając na fotel.

_ Gdzie on jest?  – zapytałem w kierunku dziadka.

_ W piwnicy. Tam ma poukrywane pewnie swoje smakołyki. Trzeba zejść i mu pomóc.

<bulp>….<pyk> Kurwa <bulp>….<pyk> mać! <bulp>….<pyk> kto <bulp>….<pyk> położył <bulp>….<pyk> ręcznik <bulp>….<pyk> na <bulp>….<pyk> podłodze!

_ Ups! Albo Albert albo Fred, któryś z nich musiał zostawić ręcznik po treningu przed dzisiejszym programem. Jednak trzeba się tam udać jak najszybciej – zakrzyknął dziadek