Filip – Niespodziewana wizyta Część 2

Posted: 26th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

Droga do

Wpatrzony w okno przez cała drogę nie myślałem o niczym. Zastanawiałem się, jaki jest teraz dziadek Henryk. Czy dalej jest takim dziwakiem? A może jest już zmurszałym dziadkiem kurczącym się od siły czasu dochodzący do wniosku, że trzeba wrócić do łona, bo to całe wyjście było jednym wielkim nieporozumieniem. I ta zwisająca rurka od butli z tlenem też jest już nieznośnie wkurwiająca. Ocknąłem się dopiero, gdy podjechaliśmy pod bramę wjazdową.

– Wyskakuj. Odbiorę Cię po południu – powiedziała matka nachylając się w celu pocałowania mnie w policzek. Odsunąłem się i zapytałem – Nie wjeżdżamy? Mam iść sam?

– Brama jest zamknięta na łańcuch, ale szpara jest na tyle duża, że na pewno się przeciśniesz. Poza tym nie chce fatygować dziadka. No już, wyskakuj.

Pozwoliłem na pożegnalny pocałunek w policzek i wysiadłem z samochodu. Mama pomachała mi przez szybę i prawie spalając sprzęgło ruszyła przed siebie. Patrzyłem jak niknie za horyzontem. Odwróciłem się w kierunku bramy. Była masywna, pokryta zielonym mchem i porośnięta bluszczem. Po obu jej stronach ciągnął się wysoki mur, którego końca nie mogłem dojrzeć. On także był porośnięty i na tyle wysoki, że widziałem jedynie jesienne niebo. Obróciłem się na pięcie. Gęsty las, który mogłem przejrzeć jedynie na długość kilku metrów. Wróciłem ponownie do poprzedniego kierunki i zacząłem zbliżać się do bramy. Gimnastykując się tak, aby nie dotknąć jej ubraniem przeszedłem pomiędzy skrzydłami pod grubym łańcuchem. Po drugiej stronie zobaczyłem ścieżkę, nad która rozpościerał się tunel w kształcie halfpipe’u zbudowany z lekkiej konstrukcji. Porastała go jakaś roślina. Wydawało mi się, że to winorośl. O tej porze krzew już nie miał liści. Konstrukcja była bardzo gęsto pokryta gołymi gałązkami. Po obu stronach tunelu również rósł gęsty las jednak w porównaniu z tym przed bramą wydawał się jeszcze bardziej nieprzenikniony. Po zrobieniu kilku kroków nie byłbym w stanie zapewne przedrzeć się dalej. Ruszyłem przed siebie. Ścieżka była wyłożona kostką, spomiędzy której wyrastały kępki trawy. Po kilku krokach krzaki porastające tunel były już tak gęste, że nie byłem w stanie dojrzeć co się za nimi znajduje a światło słoneczne i tak już mocno ograniczone przez chmury ledwo dawało radę. Wydawało mi się, że idę już dobrą minutę a mimo to dalej nie widziałem końca tunelu. Co gorsza po odwróceniu się zdałem sobie sprawę, że wyjście też zniknęło mi z zasięgu wzroku. Może tunel lekko skręca? – pomyślałem.

Spojrzałem pod nogi. Miałem wrażenie, że kostki bruku zaczynają drgać. Zatrzymałem się, uniosłem wzrok. Nabrałem haust świeżego powietrza. Ruszyłem dalej i ponownie spojrzałem pod nogi. To już nie było zwykłe drganie. Przypominało raczej zabawę kostką rubika. Nie traciłem jednak równowagi. Jakbym unosił się milimetry nad ścieżką. Zauważyłem ruch przed sobą i zobaczyłem, że pokrywające konstrukcję tunelu gałęzie zaczynają się poruszać. Falując delikatnie pochylały się nade mną i wracały na swoje miejsce. W pewnym momencie poczułem czyiś dotyk na włosach. Odwróciłem się szybko, ale nic nie zobaczyłem. Nie czułem strachu. Tak na prawdę to nie czułem nic. Wydawało mi się to dziwne. Nie czuć nic. Odwróciłem się ponownie. Tym razem gałęzie kołysały się coraz gwałtowniej. Zaczęły smagać mnie po głowie, ale nie czyniły mi krzywdy. Jedna z gałęzi zahaczyła o kołnierz kurtki rozrywając w jednym miejscu. Dźwięk prutego materiału rozjuszył je jeszcze bardziej. Zaczęły uderzać coraz intensywniej. Kolejna gałąź złapała mnie ponownie za kurtkę, ale tym razem nie puściła. Odzienie rozdarło się na klatce piersiowej. Nie czułem żadnego oporu. Jakby była z masła albo sera. Po prostu rozdarła się i spadła ze mnie. Kolejne gałęzie agresywnie pochwyciły leżącą na ziemi kurtkę i zaczęły rozszarpywać. Przyspieszyłem kroku dalej nie czując strachu. Następne suche, zwisające patyki zaczęły krążyć wokół mojej bluzy i spodni. Chwilę później w jednym, skoordynowanym ruchu, pochwyciły wszystko, co miałem na sobie i zerwały ze mnie. Zatrzymałem się. Dalej się nie bałem. Spojrzałem w dół. Nie miałem na sobie nawet butów. Stałem nagi nie czując zimna. Strach też nie nadszedł. Rozejrzałem się wokół. Po ubraniach nie było śladu. Gałęzie jakby uspokojone falowały  delikatnie czając się jak wąż szykujący się do ataku. Nagle wszystkie zamarły w ruchu. Spomiędzy nich zaczęła wysuwać się gałąź. Nie była jednak taka jak pozostałe. Widać było, że krążą w niej soki witalne a gdzieniegdzie rosły jeszcze małe, zielone listki. Smukła gałąź powoli przesunęła się w kierunku mojej twarzy. Wydawało mi się, że wpatruje się we mnie. Następnie obniżyła się do poziomu klatki piersiowej i zniżając się dalej dotarła do mojego miejsca intymnego. Tam się zatrzymała. Dalej nic nie czułem, chociaż wiedziałem o tym, że powinienem coś czuć. Strach? Może zażenowanie albo wstyd. Zacząłem zastanawiać się czy kiedykolwiek będę w stanie ponownie coś czuć. Wydawało mi się, że mogę już nigdy sobie nie przypomnieć, jakim uczuciem jest czucie, że nie znajdę sposobu, aby ponownie uruchomić w sobie ten mechanizm. Ale nawet świadomość tego nie była w stanie mnie przerazić. Z obserwującej mnie gałęzi zaczęła wyrastać kolejna mała zielona gałązka. Wiła się wokół własnej osi aż do uzyskania wystarczającego dla niej rozmiaru. Odgięła się nagle do tyłu i z impetem trafiła mnie w lewe jądro. Rozszedł się dźwięk jak po uderzeniu w gong. Skóra zaczęła drżeć a ja dalej nie czułem nic. Drżenie powoli słabło aż w końcu ustało. Nagle zauważyłem jak coś wychodzi z mojego penisa. Najpierw pomyślałem, że to jakiś robak jak pluskwa ze względu na czułka. Czułek jednak było za dużo i wydawały się elastyczne, bardziej jak sierść. Dziwna rzecz zaczęła się dalej wysuwać. Wyglądało to jak ogon. Czarny ogon z białym ciapkiem na końcu. Nagle penis zwiększył się wyraźnie i po ogonie pojawiły się dwie łapki z różowymi poduszeczkami i małymi, białymi pazurkami. Nóżki wysunęły się już w całości. Dalej wychodził tułów a wzdłuż niego kolejna para łapek. Stworzenie zatrzymało się na chwilę w procesie uwalniania się. Tułów wraz z łapkami wisiał bezwiednie pomiędzy moimi nogami. Po chwili ogon zaczął machać i stwór ponownie się wysuwał. W pewnym momencie oderwał się od mojego ciała i spadł na ziemię. Stał przede mną dostojny kocur z uwieszonymi jajkami na szyi. Moimi. Byłymi.  Potrząsnął całym ciałem jak pies odganiający się od kropel próbujących spacyfikować sierść. Skóra opadła i zamiast jajek na szyi wisiały dwa małe dzwoneczki. Dostojny kocur przysiadł na mięsie (tak, dobrze odczytaliście, na mięsie. Zawsze mnie denerwowało jak kot siadał gołym dupskiem na miejscu, na którym nie powinno się siadać. To coś w stylu, że po dżelato należy myć ręce), popatrzył na mnie i zaczął myć swoją lewą łapkę pobrzękując dzwoneczkami. Po kilku liźnięciach zacharczał i splunął na ziemię. Popatrzył na mnie żółtymi oczami, odwrócił się i zaczął się oddalać. Postanowiłem iść za nim. Nie miałem większego wyboru. Dalej tkwiłem w tym cholernym tunelu. Kiedy tylko ruszyłem Dostojny kocur przyspieszył kroku. Zacząłem gubić go. Również i ja przyśpieszyłem krzycząc, aby zaczekał. Potknąłem się. Nie wiem, o co ale nagle stało się coś dziwnego. Czasami w snach masz sekwencję zdarzeń stanowiących większy lub mniejszy sens, ale jako spójność. Dzieją się w jakiejś określonej scenerii. Nagle zostajesz przeniesiony w zupełnie inne miejsce. Następuje przeskok. Masz wrażenie, że ktoś uciął taśmę filmową. Może chciał wstawić zdjęcie penisa dla kawału. Sens ogólnych wydarzeń w śnie nie zostaje zaburzony. Jednak ciało fizycznie czuje się dziwnie. Wie, że coś jest nie tak. Klęcząc na kolanach ze zdartą lewą dłonią doznałem czegoś podobnego. Nie musiałem się rozglądać, aby zdać sobie sprawę, że moje otoczenie się zmieniło, że na pewno nie jestem już w tunelu z agresywnego krzewu.

– Filipie, nic Ci się nie stało?

– Nie, wszystko w porządku.

Nie musiałem starać się rozpoznawać tego głosu. To nie mógłby być nikt inny jak tylko mój dziadek Henryk. Podniosłem się, otarłem dłonie i spojrzałem przed siebie. Wysoka postać w szatach przywodzących na myśl czarodzieja spoglądała na mnie radośnie. Wyciągnięta dłoń z pomocnej zamieniła się w powitalną.

– Co Ty tutaj robisz Filipie? Gdzie jest Twoja mama?

– Jak to? Nie wiesz? Nie dzwoniła do Ciebie?

– Może i dzwoniła, ale mój kruk zdechł tydzień temu i nie miałem czasu żeby nauczyć nowego wydawania odpowiednich melodii oraz cierpliwości do bycia rażonym prądem. Przez moment nawet rozważałem zakup papugi. Wiesz, telefon i sekretarka, dwa w jednym.

– Tak, tak. W szkole jest syfilis więc musiała znaleźć dla mnie przechowalnię.

– Rozumiem. Wejdźmy zatem do środka, nie stójmy na zewnątrz.