Filip – Niespodziewana wizyta Część 1

Posted: 25th Listopad 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

WIzyta u dziadka

Filip wstawaj! Ewentualnie. Filipku pobudka! Chociaż nie. Filip wstawaj. Tak, to by wystarczyło. Oczywiście zaintonowane z dołu. W sensie rozmieszczenia pomieszczeń w budynku mieszkalnym, w którym rezydowaliśmy. Bardzo niewiele potrzeba bym się obudził. Filip wstawaj! Tak zapewne robią normalni rodzice. Nie u mnie. Chociaż tak na prawdę to też ciężko o użycie określenia normalna rodzina. Nie mam na myśli patologii szeroko rozumianej. Ciężko również o użycie określenia “rodzina”. Słowo określające co najmniej dwie osoby. Płeć nieistotna. Warunek konieczny to liczba mnoga. Minimum. Tymczasem jest tylko ona, sama, jako część rodzicielska. I ja. Ja, jako ja jest mi wystarczające. To nie reklama proszku do prania.

Nie pamiętamy zbyt wiele z wczesnego okresu naszego pobytu na tym padole. Najczęściej nic. Ze mną jest podobnie. Z resztą, kto by chciał pamiętać permanentne obsrany tyłek i zasikane krocze. Twarz umazana w papkach. Kupa, jedzenie i darcie japy.

Zatem. Czy pamiętam początki pobudek? Oczywiście, że nie. Zakładam, że nigdy nie było normalnie. Przynajmniej w mojej definicji normalnego budzenia. Mimo wszystko nie odpuszczam. Skupiam się. Jak to się zaczęło? Może jednak. Jakieś traumatyczne przeżycia wycinające bliznę na mojej psychice. To ewentualnie mogłoby zadziałać. Zastanawiam się przez 17 sekund. Nie. To chyba jest nie do namierzenia.

Tylko dźwięki. Uderzały szybko i z całą swoją mocą. Nie było mowy o Filipkowaniu. Delikatnym pukaniu w drzwi. Szepcie. Moja matka Michael Dudikoff. Ninja lvl.8. Zawsze byłem w stanie wyobrazić sobie jak do tego doszło. Po fakcie. Scenariuszy i możliwości nie może być dużo. Zapewne specjalnie wkładała kapcie. Nawet jak było ciepło. Wilgotne od potu stopy mogłyby zacząć przylegać do podłogi i hałasować. Tak, kapcie zdecydowanie musiały znajdować się w wyposażeniu. Czy kroczyła na palcach niczym baletnica? Czarny łabędź. Bardziej pasuje. Teoretycznie nie musiała. Podeszwy na grubym filcu. Natchnienie nudnych, zimowych wieczorów. Mogła nawet sunąć w nich tak jak chodzi się po rżysku. Drzwi. Chociaż one mogłyby być moim sprzymierzeńcem. Skrzypienie bądź opór stawiany przez futrynę. Cokolwiek. Niestety wszyscy potencjalni moi sprzymierzeńcy należeli do niej. Podejrzewam, że najpierw dociskała klamkę do samego końca. Tą samą ręką na pewno nie pchała drzwi do środka. Dla utrzymania równowagi opuszkami palców drugiej dociskała je tym razem pchając do środka. W tym momencie oceniała zapewne pierwszy etap. Sukces czy porażka? Żadnego ruchu z mojej strony. Sukces. Drugi etap to już bułka z masłem. Jakakolwiek technika. Dwie sekundy po uzyskaniu pełnych możliwości wydobywania jakichkolwiek dźwięków przez zawiasy w drzwiach była u celu. Chwyt z obu stron i rozłożenie rąk jak nauczyciel rozdzielający dwóch bijących się łobuzów za szkołą. Kiedyś były mordercze, metalowe żabki. Od jakiegoś czasu zastępowane przez ich plastikowych pobratymców. Nie mniej hałaśliwych. Szybciej otwieram oczy czy też dostaję zawału serca? Różnie reaguję. Czasami zrywam się jakby ktoś mnie poraził prądem. Czasami zapadam się jeszcze głębiej w czeluściach kołdry. Jeżeli poranek jest bezchmurny matka zalicza tzw. double XP. Przy drugiej, jeżeli zbyt szybko nie dam do zrozumienia, że się odplączę, jest duża szansa na ściągnięcie kołdry na podłogę. Tak czy inaczej pada magiczne słowo “wstawaj”. Napastnik opuszcza mój pokój i udaje się z powrotem do kuchni.

Istnieją budziki. Ich cykanie doprowadziłoby mnie na skraj wyczerpania nerwowego. Jak wszystko, co głośne i miarowe. Zwłaszcza w nocy. Zwłaszcza przy absolutnej ciszy mając wrażenie, że słyszy się przepływający prąd przez ukryte w ścianie kable. Walanie się z boku na bok na początku czy atak serca na końcu? Wychodzę z założenia, że łatwiej uodpornić się na drugie.

Obracam się na tyłku jak na krześle obrotowym. Zsuwam się prosto w kapcie. Złączam dłonie nad głową i przeciągam w kompletnie nieskoordynowanych ruchach. Ziew i idę do łazienki. Kępką włosów na lewej półkuli jak zwykle w kompletnej rozsypce. Myć całą czy zmoczyć tylko zdewastowany fragment? Decyduje się na całość. Wyciągam z szafki rozrzedzony szampon i stawiam na umywalce. Nachylam się nad nią i odkręcam niebieski kurek. Następnie zabieram się za czerwony pieszcząc niczym Kwinto sejf. Zbyt energiczny ruch i piszczałbym od wrzątku. Witaj Joker. Pozwolisz, że rzucę monetą i zdecyduję o Twoim życiu. Test palcem skłania mnie do włożenia głowy pod strumień. Rozprowadzam wodę po włosach. Sięgam po szampon i i przechylam butelkę nad dłonią. Cholera! Większość płynu przelała mi się przez palce i wylądowała w umywalce. Zapomniałem. Rozrzedzone. Druga próba bardziej ostrożniejsza. Szybkimi ruchami rozprowadzam pianę po włosach. Woda wciąż leci. Szkoda mi jej, ale ponowne ustawianie nie wchodzi w grę (widzę oczyma wyobraźni moich wnuków snujących się po wyschniętej pustyni. Idą kawalkadą prowadzeni przez Mela Gibsona. Boże, jak bardzo tęskniliby za Kevinem Costnerem i jego wodnym światem). Dociera do mnie jakiś dźwięk z dołu. Produkt mowy. Zdecydowanie. Chyba coś do mnie mówi. Ona. Pewnie żebym się sprężał. Tylko po co? Czyżbym miał jechać znowu do Helgi zamiast do szkoły? Natura czy suszarka? Po suszarce będę wyglądał jak stóg siana. Może mnie nie przewieje. Schodzę na dół. Na stole czeka już na mnie kakao oraz bezwartościowy chleb tostowy. Nic więcej. Zastanawiam się, kiedy nadejdzie taki czas, że wzorem amerykańskim matka zacznie przestawiać mnie na kukurydzę. Nie, tak się raczej nie stanie. Polscy rolnicy nie dadzą sobie dmuchać w zboża. Siadam.

– Co mam z tym niby zrobić i czy coś do mnie mówiłaś?

– Tak, krzyczałam żebyś się sprężał, bo mamy mało czasu.

Wyszła do pokoju.

– Co mam niby z tym zrobić? – zapytałem ponownie z jednej drugiej pierwszego pytania.

– Weź coś sobie z lodówki. Tylko ruchy błagam.

Podniosłem się ze stołka i podszedłem do lodówki oblepionej moimi piątkowymi pracami. Kolejna bzdura od hodowców dzieci z ADHD. Otwieram drzwi i rozglądam się za czymś, co mógłbym przygotować i wchłonąć w tempie sprężarki. Łapię za dżem i wracam na miejsce. Otwieram słoik, sięgam po nóż. Posmarowałem sobie trzy kromki chleba tostowego i z miną zawieszonego komputera patrząc się na jakiś punkt w kuchni przeżułem wszystkie trzy. Odczekałem chwilę aż mi się ułożyło w brzuchu i popiłem ciepłym kakao. Z marazmu wybudził mnie dźwięk kroków matki wracającej do kuchni.

– A  w ogóle to, po co mam się sprężać? Jak rozumiem, skoro się sprężamy to zawozisz mnie do Helgi a nie do szkoły a do niej jest przecież blisko.

– Nie jedziemy do Helgi.

Zamieram na chwilę. Obracam się mówiąc przez ramię.

– Jak to nie? A do kogo? Jeżeli chcesz mnie zostawić u jednego z tych swoich kolesi to wybacz, wolę już zostać w domu. Sam ze sobą będę bezpieczniejszy. Co się dzieje w szkole? Żółtaczka, cholera, syfilis? Mogę się zarazić żółtaczką, cholerą czy czymkolwiek, co teraz się tam panoszy. Serio, wolę.

– Spokojnie, nikt z moich kolesi niestety nie ma dzisiaj czasu. Zabieram cię do dziadka Henryka.

Spokojnie? Ja mam być spokojny? Dziadka nie widziałem już od wielu lat. To mnie raczej nie uspokoiło. Poza tym nie przepadam za rodziną.

– To on jeszcze żyje? Dawno nas nie odwiedzał. Szczerze średnio go już pamiętam.

– Mówiłam Ci, że słabo się dogadywaliśmy. Dlatego się nie pojawiał. Jakiś czas temu odnowiliśmy kontakty. Suchy poziom, bez szaleństw. Dzisiaj nie mam wyboru. Zbieraj się.

Zaczynam rozmyślać o dziadku. Świta mi jednak co nieco. Odwiedzał nas w święta. W wakacje przyjeżdżał na dłużej. Jakiś weekend z podpiętym poniedziałkiem i piątkiem. Uwielbiałem go tak jak dzieci uwielbiają wszystko, co dziwne i zabawne. Wraz z przyrostem szarych komórek moje uwielbiam zmieniło się w słowo dziwak. Z czasem dziadek zaczął zmniejszać częstotliwość swoich wizyt aż do ostatecznego ustania. Co było powodem? No cóż. Moja kochana matka. Nie wytłumaczyłem jeszcze skąd np. wzięła się niemożność określania moich najbliższych korzeni z drzewa genealogicznego, jako rodziny. Otóż nie miałem nigdy ojca. Nie, błędnie zakładacie. Nie jestem dziełem szklanej pipety. Tak jak natura przykazała zostałem wyprodukowany w naturalny sposób.  Ktoś włożył penisa w waginę mojej matki i się nie wyrobił. Oczywiście natura nie wlewała alkoholu w jej usta, co w największym stopniu spowodowało ingerencję ciał obcych we wspomnianą waginę matki. Wlewanych strumieni wyrzutów sumienia o poranku nikt już jednak nie żałował.

Moja kochana matka. Wolny umysł, którego żadne łańcuchy nie były w stanie ujarzmić. Zerwała kontakt z dawcą. Nie przyznała się, że jest w ciąży i co najważniejsze, postanowiła wydać mnie na łaskę świata. Czy to źle czy dobrze? Szare komórki wciąż się mnożą, ale za wcześnie żeby oceniać. Tak czy inaczej, był to jeden z wielu wyskoków mojej szalonej matki. Wyskoków, które oczywiście nie podobały się jej ojcu. Stąd zapewne przerwa w jakichkolwiek relacjach.

Kobieta towarzyska, świadoma swojego intelektu, który nie przekuwała na sukces w kwestiach bezpieczeństwa finansowego. Płynęła przez życie. Kuter, który łowi tyle, aby przeżyć i dać satysfakcję z tego, co wpadnie w sieć. Cięty humor nieoszczędzający nawet syna. I właśnie dzięki temu, mimo iż mam 13 lat, czuje się mentalnie jak stary pierdziel. Towarzyska. Czy już używałem tego określenia wobec rodzicielki wcześniej? Tak czy inaczej odkąd pamiętam i zanim poszedłem do szkoły otaczali mnie tylko dorośli. Ich osobowość wymieszana z alkoholem dała mi niezłą szkołę. Część była słodka jak wata cukrowa. Pozostali dali mi nieźle w kość, za co jestem im wdzięczny.

W szkole miałem przez to kłopoty. Rówieśników traktowałem jak ameby. Klasę wyżej i dwie również. Gdyby przełożyć mój poziom emocjonalny i siłę charakteru na wzrost to zgniatałbym ich na chodniku. Ewentualnie podnosił i wyrzucał na pobocze. Druga wizyta matki u dyrektora utwierdziła w przekonaniu, że coś musi ze mną zrobić. Marnowanie czasu na wyjazdy do szkoły były irytujące a matka nienawidziła jak przelatuje jej przez palce. Godzinna rozmowa i wytłumaczenie, że rówieśników trzeba jednak przenosić na pobocze wystarczyły. Oczywiście nie przekonało mnie samo wytłumaczenie. Matka świetnie wiedziała jak wejść mi na psychikę.

Skoro nie mogłem ze swoimi rówieśnikami to folgowałem sobie z “rówieśnikami” matki. Imprez nigdy nie brakowało, więc mogłem się wyżyć. Kiedyś wróciła do domu z jakimś kolesiem. Lekko podchmielona. On z resztą też. Siedziałem akurat w salonie i oglądałem jakiś durny film. Byłem strasznie senny, ponieważ nie mogłem iść spać dopóki nikogo poza mną nie było w domu. W sensie nie mogłem zasnąć. Wtoczyli się przez drzwi frontowe. Matka zawołała mnie.

– Filip jeszcze nie śpisz? Podejdź na chwilę.

Wyłączyłem telewizor i poczłapałem się do nich. Kolejny nażelowany palant w sweterku. Jezu, że też matkę kręcą takie półgłówki.

– To jest Artur, kolega z pracy.

– O proszę! Prawdziwy mężczyzna już z niego – powiedział Artur nachylając się w celu wytarmoszenia mnie po grzywce.

Odsunąłem głowę w tył.

– Skoro ze mnie prawdziwy mężczyzna to, po co się nachylasz, żeby mnie macać po głowie? Byłeś ministrantem u swojego lokalnego proboszcza? Służyłeś? Klękałeś?

Spojrzałem na lekko rozbawioną matkę.

– Zamów mu lepiej taksówkę. Jego stara pewnie gubi wałki z niepokoju. Już późno.

Matka nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Szybko jednak zasłoniła usta, opanowała się, złapała mnie delikatnie za głowę, obróciła jak kluczyk w budziku i nakierowała na schody prowadzące na górę.

– Idź już spać mój młody mężczyzno.

Poczłapałem się na górę. Żelatynie chyba się nie spodobało, że zakpiłem z niego a matkę to rozbawiło. Cóż, przynajmniej się wyspałem. Żadnego jęczenia dobiegającego z pokoju matki. No i więcej już go nie widziałem.

Taka właśnie jest moja matka. Tak czy siak czekała mnie wizyta u dziadka.