Kupawaiter

Posted: 20th Sierpień 2014 by sushilabel in Bźdźągwa

bag-of-rocks Agencje reklamowe. Myślimy i wyobrażamy sobie – Don Draper. W rzeczywistości Coke Badger od Pete’a Tonga. Głównym zadaniem agencji reklamowej i ich pracowników jest przyłożenie się do wzrostu sprzedaży produktów i usług swoich klientów. Aby reklama była skuteczna nie może być miałka. Musi być albo świetna albo tak chujaszcza żeby wszyscy o tym rozmawiali. Reklama może być chujowa na wielu płaszczyznach.

Jakiś czas temu jadę sobie autobkiem do pracy. W celu utrzymania równowagi chwytam za rączkę uwieszoną na rurce, w którą ktoś pewnie chwilę wcześniej wtarł swój mocz lub kał z nieumytych dłoni. Uchwyt ów to nie tylko nośnik wspomnianych fekaliów, ale bardzo często też nośnik treści reklamowych. Tegoż pięknego poranka również trafiłem na taki uchwyty. W sensie tak wykorzystany, że miał zachęcić reklamą do sprzedania powierzchni reklamowej. Obracam z ciekawości i czytam:

“Uśmiechnij się do osoby obok. Udało się? Twoja reklama może być tak samo skuteczna”.

Postaram się teraz przeanalizować dla pracowników agencji PR, która wymyśliła to szlachetne hasło pewne aspekty związane ze środowiskiem, w jakim ów nośnik występuje. Możliwe, że mieli zbyt mocno zapchane przegrody nosowe grudami Szymanowskiej i pewne elementy im umknęły.

Zastanówmy się najpierw, kto korzysta z komunikacji miejskiej i w jakim celu. Na pierwszy plan wychodzi lud pracujący. Dalej mamy studentów a potem emerytów. Teraz pomyślmy o czasie, kiedy wymienione grupy społeczne korzystają z tego środka komunikacji. Z danych GUS wynika, że są to wczesne godziny poranne lub późne godziny popołudniowe.

Pierwsza grupa spieszy się do pracy. Zapewne rano mało się nie zesrali z żalu, że muszą opuścić ciepłe piernaty, iść ogarnąć się do łazienki lub po prostu ubrać się i wyjść. Przy śniadaniu ledwo przełknęli kęs kanapki z obawy przed zrzyganiem się na myśl o tym, co czeka ich po przyjściu do pracy. Masa roboty, wkurzający szef albo zadanie, na które powinniśmy mieć kilka dni i kilku ludzi do pomocy. Godziny przeciągają się w dni aż do upragnionej 16-tej. Możemy spakować swoje rzeczy, zamknąć system i pospierdalać… na autobus gdzie czeka na nas reklama w obsranej rączce. Po drodze jeszcze jakieś zakupy i dalej standardowa rodzinna gehenna. Próba zaśnięcia z walaniem się z boku na bok i z głową pełną tego, co będzie działo się następnego dnia (czytaj: to samo aż do piątku).

Student wstaje i ubiera się. No dobra, czasami umyje jak kolejka do łazienki ma mniej niż trzy zakręty. Wciska się w nasz kochany autobus i jedzie na uczelnię z głową pełną obaw czy egzamin zostanie zaliczony, czy dostanie notatki z poprzednich wykładów, czy słoiki z gołąbkami się nie zepsuły i czy starzy kopsną na kilka poprawek. Potem szybka analiza czy opłaca się iść na jakikolwiek wykład i wyjście ze znajomymi na piwo. Na powrocie wbitka chwiejnym krokiem na autobus analizując, jaką zupkę tym razem kupić w biedrze. Powrót na kwaterę. Zagotowanie wody w czajniku. Dojście do stwierdzenia, że jest się zbyt zmęczonym, żeby się uczyć z mocnym postanowieniem uczynienia tego wcześnie rano.

Emeryt. Emeryt wstaje i ma 3h do wyjścia z domu. Ogarnia się. Już na przystanku widzi z daleka autobus i obmyśla strategię jak usiąść. Autobus jest coraz bliżej. Ostatnie spojrzenie czy wystające niczym z rzymskich rydwanów noże w kółkach od wózka na zakupy są naostrzone. Nadjeżdża autobus. Żylaki napięte do granic możliwości. Mocny uścisk artretyzmu na rączce od wózka i wielki pościg do wolnego miejsca. Za plecami jęk powalonych z poprzecinanymi ścięgnami.  Victoria! Teraz już można podjechać do proboszcza a potem szaleństwo w warzywniaku.

Czy ten slogan reklamowy pasuje do miejsca, w którym jest prezentowany? Czy jadąc o godzinie 6 rano do pracy, której nienawidzisz, obok faceta, któremu jebie już z pod pachy, masz ochotę się do niego uśmiechnąć czy raczej zastanawiasz się jak okrutnie będzie jebało od niego o 17?

Czy emeryt lub ka będzie chciała się uśmiechnąć gdziekolwiek i do kogokolwiek obcego czy też będzie się rozglądać za sąsiadką, której mogłaby opowiedzieć o kolonoskopii, którą miała ta znajoma spod trójki na czole z lewej strony zaraz za uchem, ale o tym innym razem, bo to już mój przystanek za 300 metrów, więc już muszę się zacząć przeciska do drzwi i chuj, że usiadłam z tyłu skoro mam mój rydwan na geszefty z warzywniaka?

Czy student uśmiechnie się do kogokolwiek w drodze na uczelnie, kiedy już THC przestało tak słodko mieszać?

Kto o 6 rano uśmiecha się do obcych ludzi? I to jeszcze w Polsce –  w kraju 50 odcieni szarości bez pejczów i kajdanek za to z tak samo ubogim słownictwem.

Pytam się więc tych wszystkich ludzi, uczestników burzy mózgów i sztormów debilizmu, którzy wymyślają sloganik, tandemy słowne i ciżby literek. Gdzie macie głowy? Może nie zdążyliście odskoczyć po klaśnięciu w dłonie i dostaliście lodówką? Następnym razem skoczcie na główkę do kibla i zintegrujcie się z miliardami zarazków, które zabija nowa kostka przytykana do wnętrza kibla. Bo może tam jest druga Pandora i mają swoje Na’vi z gówna i moglibyście się od nich nauczyć nowej kultury albo wynaleźć lek na ejc. Może dowiedzielibyście się co nieco o życiu zwykłych szaraczków przekładając zdobytą wiedzę od dupy strony, jako że sami otrzymalibyście ją od dupy strony. Nie wiem, nie wiem. Ciężko powiedzieć.

  1. Pawel napisał(a):

    prawie sie zaplulem ze smiechu 🙂 a tak na powaznie to tylko dowod jakim kopcem burakow jestesmy my polacy.