Franek i Felicja – Bałkany Last Minute

Posted: 9th Luty 2012 by sushilabel in Bźdźągwa

Zaczął się gibać stolik wraz z lampką nocną, chociaż już było rano. O tej porze niestety jeszcze ciemno, choć, ponownie, na szczęście nie mroźno. Franek zerwał się na równe nogi jak to ma w zwyczaju. Podniósł ubrania z fotela i zaczął się ubierać. Ja tak nie potrafię. Najchętniej to bym zaliczyła jeszcze ze trzy drzemki.

– Kochanie wstawaj, musimy się ogarniać – rzucił w moim kierunku zapinając pasek od spodni.

– Zaraz, już wstaję. Nie musielibyśmy się spieszyć gdybyś wczoraj nie zapił z chłopakami na kebabie i kupił normalnie bilety – odparłam wygrzebując się z kołdry.

– No musiałem jakoś się znieczulić. Inaczej bym nie zasnął myśląc o dzisiejszym spotkaniu z Twoimi rodzicami – zażartował.

– Jesteśmy już na tyle długo ze sobą, że po prostu wypada. Poza tym odsuwałam to w czasie zbyt wiele razy. Rodzice myślą, że jestem nie wiadomo z kim – odpowiedziałam.

– No okej okej. Przecież już nic nie mówię. Bilety z resztą będzie łatwiej dzisiaj o tej porze kupić. Wczoraj duże kolejki pewnie były przed weekendem. No ale ten, przynajmniej jak wróciłem zdążyłem jeszcze jakieś kanapkersy machnąć na drogę – zaśmiał się.

– Wiesz co? W stanie, w jakim wczoraj je robiłeś to chyba wolę nie zaglądać, co mają w środku – ucięłam rozmowę.

Dość sprawnie ogarnęliśmy poranną toaletę. Porwaliśmy plecaki, wyszliśmy na klatkę schodową i już zmierzaliśmy do windy, kiedy Frankowi coś się przypomniało.

– Poczekaj sekundę, zapomniałem o czymś – rzucił wracając się do drzwi.

– O kurkach z gazem czy pocałować Jezuska w stópki? – odpowiedziałam coraz bardziej zirytowana marnowaniem czasu.

Wrócił po chwili pakując do torby butelkę Sprite’a.

– Upgrade’owałem go na drogę – zakomunikował z uśmiechem od ucha do ucha.

Mieliśmy dobry timing. Wszystko ładnie przyjeżdżało. Dotarliśmy do metra. Po kilkunastu minutach byliśmy już przy wyjściowych schodach ruchomych. Franek jako najlepszy pilot prowadził mnie za rękę sprawdzonymi ścieżkami tak, aby znaleźć się z lewej strony schodów, dzięki czemu mogliśmy się wspinać zamiast jechać. Pierwszy zgrzyt tego wyjazdu. Po wbiciu się na lewą stronę jakiś koleś stwierdził, że ma w dupie i nie będzie szedł po schodach. Miał pecha, bo centralnie za nim stał już wkurzony na maksa Franek. Zsynchronizował ruchy tarana wraz ze słowami „przepraszam proszę na prawą stronę” i zaczął lekko przepychać kolesia na wspomniany kierunek. Oburzony koleś zaczął się wydzierać.

– Ja to nie wiem, ruchome schody a ludzie po nich łażą. Przecież sama nazwą wskazuje ich przeznaczenie – krzyczał przesunięty już na prawo nieznajomy mijany przez kolejne rozbawione osoby.

– Jak Pan jest tak upośledzony, że nie wie jak się z nich korzysta to może niech Pan zacznie korzystać z windy – krzyknął w ramach odpowiedzi Franek.

Byliśmy już na samej górze. Uderzyła w nas ściana zimnego powietrza przedzierająca się przez drzwi tak jakby sama chciała się ukryć w zakamarkach ciepłego peronu. Nie słyszałam już odpowiedzi przestawionego Pana. Zastanawiałam się tylko czy gdyby nie ludzie idący za nami tym razem Franek nie oberwałby za swoje zuchwalstwo. Wyraźnie zdenerwowany prowadził mnie dalej przez nieckę w okolicy obu wejść do stacji metra. Sprawnie slalomem mijaliśmy tłumy ludzi. Minęliśmy również kobietę z wózkiem, kiedy poczułam brak czucia ciepłej dłoni Franka. Za plecami usłyszałam tylko jego głos.

– Co Pani robi? Pogięło Panią? Gdzie dziecko ma rękawiczki? – pytał uniesionym głosem Franek.

Odwróciłam się i ujrzałam go stojącego obok miniętej kobiety z wózkiem. Rzeczywiście, w wózku było dziecko z rozłożonymi rączkami w stylu Jezusowym bez rękawiczek. Jakoś bardzo zimno nie było, ale dość silny wiatr sprawiał, że na policzkach odczuwałam dość nieprzyjemne szczypanie. Generalnie jednak dość niepoważna kobieta. Franek nabuzowany zajściem na ruchomych schodach nakręcał się dalej.

– Nie Pana sprawa! Proszę odejść – odpowiedziała wyraźnie zmieszana kobieta oddalając się od miejsca nastąpienia incydentu.

– Tak kurwa, najlepiej to niech Pani sobie pojedzie z tym wózkiem w ustronne miejsce i pierdolnie dzieciakiem o glebę a później ściemnia, że napadnięto i porwano. Bez kitu, niech ktoś w tym chorym państwie napisze w końcu jakaś ustawę o sterylizacji – burzył się dalej Franek.

Złapałam go za rękę i zaczęłam odciągać przypominając, że musimy zdarzyć na pociąg i kupić bilety w dodatku. Otrzeźwiał wyraźnie zmieszany utkwionym wzrokiem zbiegowiska. Szybkim krokiem dostaliśmy się na dworzec centralny. W kasach rzeczywiście nie było kolejek. Po odstaniu swojego Franek zakomunikował miłej Pani w okienku, że chce kupić dwa bilety do Poznania. Po kilku kliknięciach w systemie Pani z okienka przekazała nam informację, że są miejscówki jeszcze, ale niestety tylko w przedziałach dla palących. Reszta już zaklepana. Zrzedła mina Franka w ułamku sekundy.

– Jak to dla palących? Myślałem, że już nie ma takich przedziałów? – odparł wyraźnie zdenerwowany.

– No jest taki plan i niedługo wejdzie odpowiednia ustawa, ale niestety jeszcze są takie wagony – odpowiedziała Pani z okienka.

– Heh, no trudno, niech  tak będzie – wymamrotał Franio.

Z biletami w dłoni udaliśmy się na peron. Mieliśmy ok 15 minut do przyjazdu pociągu. W międzyczasie z głośników popłynęła informacja dotycząca zatrzymywania się wagonów w poszczególnych sektorach.

– Chodź przejdziemy dalej – powiedział Franio ujmując mnie za rękę. Wiem gdzie się zatrzyma dokładnie.

Uff, chyba mu przeszło. To dobrze. Z Franka tzw. „wkurw” niestety schodzi bardzo wolno.

Znalazł dla nas miejscówkę. Na peron zaczął powoli wtaczać się pociąg. Ludzie zaczęli się tłoczyć. Obok nas zero przestrzeni. Minęła nas lokomotywa, wagony toczyły się coraz wolniej. Ludzie zaczęli robić w głowach szybkie obliczenia – w którym miejscu zatrzymają się drzwi. Bardzo powoli minęły nas kolejne drzwi naszego wagonu, ale pociąg sunął dalej. Ludzie myśleli, że to już i zaczęli się przepychać do uciekających drzwi. Wtem wydarł się Franek:

– Gdzie kurwa?! Faul w ataku robią no! Naokoło zapierdalać! – krzyknął.

Jednak mu nie przeszło. Pociąg zatrzymał się. Drzwi były idealnie przed nami. Franek nacisnął za klamkę i trzymając mnie dalej za rękę wprowadził do środka. Dobrze, że jednak wziął tego Spirte’a.

 

 

Weszliśmy do przedziału. Czuć było lekki zapach stęchlizny i dymu po poprzednich pasażerach.

– Jezu, jak tu jebie – przymarudził Franek.

– Bez przesady, nie jest źle, jak tylko ruszymy uchylimy trochę okno i wywietrzeje – zaczęłam go pocieszać.

Pomógł mi wrzucić bagaże na górną półkę. Franek usadowił się przy oknie. Nie było szans, żeby zasnął podczas podróży, więc gdyby znudziło mu się grzebanie na laptopie zawsze mógł podziwiać krajobraz za nim. Usiadłam obok niego. Nigdy nie miałam takich problemów. Wystarczyło mi się przytulić do niego i już odpływałam w ramiona Hypnosa.

Ledwo się usadowiliśmy rozsunęły się z drzwi od przedziału. Raźnie wkroczyły trzy kobiety. Twarze zdezelowane przez życie, nie były jednak stare. Coś w stylu „pijaczek” jak to miał w zwyczaju określać Franek kobiety z pomarszczoną twarzą i trwałą na głowie a la dansing na Monciaku w latach 80’. Do tego mocno pomalowane na czerwono usta jakby wróciły prosto z Poznańskiej. Na to Franek też miał swój osąd. „Jajebie, czy na starość pryki jarają się jak im stare pruchwy za pieniądze zostawiają grudy szminki na fajce? Obrzydliwe.”

Wesołe panie usadowiły się na przeciwko nas nie kończąc dyskusji. Rozłożyły swoje rzeczy i nie zwracając na nas uwagi ciągle prowadziły ożywioną konwersację. Poczułam lekki uścisk dłoni na kolanie. Kątem oka widziałam skwaszoną minę Frania. Wstał, poprawił „gazety” i zdjął z półki swojego laptopa.

– Kochanie weź dla mnie książkę jak możesz i wyjmij przy okazji upgrade’owanego Sprite’a, chyba nam się szybko przyda – poprosiłam.

– Ta, też mi się tak wydaje – odrzekł.

Po spełnieniu mojej prośby usiadł ponownie. Wreszcie ruszyliśmy. Franio, dość dużego wzrostu, nie odrywając pośladków od siedzenia sprawnym ruchem ręki uchylił okno zwracając tym samym uwagę naszych towarzyszek podróży. Zmierzyły go wzrokiem, po czym jedna z nich wypaliła:

– Proszę Pana, proszę troszkę mniej szeroko to okno zrobić. Ja jestem świeżo po chorobie i mi przeciągi nie służą.

– Okej, jak sobie Pani życzy – rzucił szorstko.

Przyłożył się za mocno do prośby kobiety zamykając całkowicie okno, chciał poprawić, ale tym razem otworzył je jeszcze szerzej niż poprzednio. Zaczął się siłować próbując ustawić akceptowalną szparę.

– Proszę Pana, pan to robi specjalnie, proszę się zachowywać – odburknęła druga z kobiet.

– Gówno a nie specjalnie, to okno jest zjebane – wydarł się Franek ustawiając tym razem poprawnie.

Oho, to będzie ciekawa podróż pomyślałam. Przyszła pora na otwarcie Sprite’a, może to trochę rozluźni Franka mocno poczerwieniałego ze złości.

Kobiety wróciły do rozmowy, Franek zalogował się do systemu a ja utkwiłam wzrok w książce. Lektura dość mocno mnie pochłonęła jednak nie na, tyle aby nie zauważyć rosnącej niechęci Franka do pasażerek. Z sekundy na sekundę coraz głośniej obsługiwał touch pada. Klikał w niego i stukał jak najęty stękając przy okazji jakby owsiki robiły defiladę w jego dupie. Trzecia z kobiet zaczęła szperać w swojej torebce. Po chwili wyciągnęła mix przekąsek. Otworzyła niespiesznie i zaczęła częstować koleżanki. Nie muszę chyba mówić, jakie dźwięki przy tym wydawały. Dla Franka to, co ja słyszałam on odbierał razy dziesięć.

– Chyba jakiś film wypadałoby odpalić c’nie? – powiedział kącikiem ust.

– Ciii, skup się na lapku kochanie – odparłam tak samo.

– Szkoda, że nie wziąłem słuchawek – westchnął już głośniej.

Kobiety spojrzały na nas kątem oka nie przerywając rozmowy. Po zjedzeniu przekąsek i wyrzuceniu opakowania ponownie skierowały wzrok w naszą stronę. Coś się święciło.

– Mam nadzieje, że nie mają nic Państwo przeciwko jak sobie zapalimy? W końcu to przedział dla palących prawda – powiedziała pierwsza.

Franek uniósł brwi do góry. Bałam się tej chwili, ale zaczął łagodnie:

– Dla palących w sumie, ale wie Pani, my te bilety mamy, bo już nie było na inne przedziały a ja nie palę, bo mam problem z płucami itd. Więc jakby Panie mogły nie wiem, na korytarzu czy coś byłbym wdzięczny – powiedział wplatając średnio ukryte kłamstwo.

Babka wyczuła go momentalnie.

– Wie pan a ja specjalnie kupiłam bilet na przedział dla palących bo lubię i ponieważ mam problemy z nogami nie mam zamiaru wystawać na korytarzu. Pan jest młody to może Pan sobie wychodzić na korytarz. Przykro mi – odpowiedziała z nieukrywaną złośliwością odpalając pierwszego papierosa i częstując swoje koleżanki.

Nie zwracając na nas uwagi, wyraźnie zadowolone wróciły do swoich durnych konwersacji. Wkurzyłam się strasznie, bo odpowiedziały chamsko no ale niestety, nic na to nie mogliśmy poradzić. Przywarłam mocniej do Frania żeby pamiętał, że jest w moim towarzystwie. Miało to powstrzymać go przed eksplozją agresji. Napiłam się kolejnego łyka Sprite’a, który już dość mocno szumiał mi w głowie. Okno, mimo iż minimalnie uchylone wyciągało dość sporo dymu na zewnątrz więc dało się wstrzymać. Znając jednak Franka wiedziałam, że to dla niego jednak za dużo. Wstał i wyszedł na korytarz. Widziałam jak kobiety przerwały na chwilę konwersację odprowadzając go wzrokiem z wyraźną miną triumfu. Głupie cipy. Po 15 minutach wrócił z powrotem. Babki wyraźnie zbliżały się do granicy filtra. Miałam nadzieję, że da nam to trochę chwili oddechu. Franek usiadł ciężko na swoim miejscu, położył laptopa na kolanach i spod grzywki spoglądał z nadzieją na dogorywające pety. Dwie z nich już dogasiły kiepa. Trzecia sięgnęła do torebki.

– Dziewczynki, mam mentolki, spróbujecie? – radośnie zakomunikowała.

– Jasne, spróbujemy – odpowiedziały.

Jak jakiś żul wyciągnęła trzy szlugi, włożyła między palce i zaczęła odpalać po kolei jak Bożena Dykiel w Weselu odliczając: wódka, ogórek, chleb. Straszne. Dwie pozostałe spokojnie patrzyły w naszą stronę, a raczej na Franka. To był błąd. Z nabrzmiałą od czerwoności twarzą Franek odstawił laptopa na półeczkę przy oknie i wstał…

 

Sokół Millennium mknie w otchłaniach kosmosu. Cel – Planeta Korelia. Zrelaksowany Han Solo drzemie sobie na fotelu z nogami opartymi o konsoletę. Obok niego przy sterach uwija się dzielny Wookiee Chewbacca.

– Hej Cheewee! Wiesz jaki dzień tygodnia dzisiaj mamy – zapytał Solo przeciągając się na fotelu i śmiejąc się rubasznie.

– yyY? – zapytał Chewbacca nie odrywając się od pracy.

– Piątek, trzeci piątek miesiąca a to oznacza, że dzisiaj Twoja kolej na czyszczenie klopa hehe – uśmiał się Solo.

– yyyyyYYYYYYYYYYY!!? – oburzył się zdenerwowany Cheewee.

 

Tak właśnie. Dokładnie tak brzmiał bąk wypuszczony przez Frania. Długi, głośny i oburzony. Jak 99% na świecie. Rozgrzana upgrade’owanym Spritem zaśmiałam się głośno. Zasłoniłam szybko usta, aby się opanować a po nich nos, bo zapach, który do mnie dotarł był naprawdę ciężkiego kalibru.

Uśmieszek Pań został dosłownie zwiany w ułamku sekundy i szybko przerodził się w awanturę.

– Czy Pan oszalał?! Jak się Pan zachowuje? Co Pan robi? – podniósł się laur.

– Jak to co? Puściłem bąka, nie słyszały Panie? Może powtórzyć? – zadrwił Franek wyraźnie zadowolony ze swojego postępku.

– Zaraz wezwę ochronę i zostanie Pan wyrzucony z pociągu – piłowała się druga.

– Łooo, ochronę, bez kitu, nie wiedziałem, że jedziemy pierwszą klasą. Niech dzwoni Pani po Papieża od razu – odparł siadając na swoim miejscu.

Sięgnął po laptopa i utkwił wzrok w ekranie. Tymczasem trzecia ze wzburzonych podniosła się i wyszła na korytarz. W międzyczasie usłyszeliśmy teksty w stylu “niebywałe”, “ta dzisiejsza młodzież”, “nie dziwne, że ten kraj schodzi na psy”. Dziwiłam się za to ja, jakim cudem takie wizualne pijaczki posługują się tak wręcz dystyngowanym językiem. Gdybym rozmawiała z nimi przez telefon pomyślałabym, że po drugiej stronie siedzi jakaś dostojna Pani w futerku ze sztucznego lisa z mocno umalowanymi ustami. Bez grudek.

Po kilku minutach numer trzy wróciła z konduktorem. Widać ochroniarza nie mogła znaleźć.

– Co tu się dzieje? – zapytał korpulentny Pan z typowym wąsikiem pod nosem.

– Proszę Pana – zaczęła pierwsza – Ci Państwo (uśmiech Franka) zachowują się skandalicznie a konkretnie ten o to człowiek chociaż człowiek to określenie na wyrost bo małpa w zoo ma w sobie więcej godności. Proszę sobie wyobrazić, że on, za przeproszeniem puścił bąka!

Konduktor zaśmiał się rubasznie trzęsąc wąsikami.

– No i? – zapytał wyraźnie rozbawiony.

– Jak to no i? – proszę wyprosić tych ludzi z pociągu albo znaleźć im inny przedział! – przyłączyła się trzecia.

– Proszę Pana – zwrócił się do Franka rumiany konduktor – dlaczego się Pan tak zachowuje?

– No ale jak się zachowuję? Wie Pan, zjadłem sobie batonika, chciałem się odprężyć, ale ponieważ nie palę, więc nie mogłem sobie skurwić petka jak te Panie, dlatego też w ramach substytutu puściłem sobie bonia, nadąża Pan? – zapytał Franek. Poza tym proszę mi pokazać. W tym przedziale nie widzę naklejki z przekreślonym papierosem i tak samo nie widzę z przekreśloną dupą więc o co chodzi? Normalna potrzeba fizjologiczna. Jest mi to niezbędne do życia jak oddychanie. Gdybym miał nieświeży oddech to co? Miałbym się udusić bo paniusiom to przeszkadza bo mi jedzie z japy? Daj Pan spokój, widzi Pan, w jakich warunkach musimy podróżować – zakończył.

Konduktor lekko zmieszany zawiesił się w ciszy. Gdyby był robotem pewnie usłyszelibyśmy jak pod kopuła pracują trybiki i sprężynki uwijające się w resztkach smaru nad kwestią rozwiązania sporu.

– Przykro mi drogie Panie, muszą się Państwo dogadać we własnym zakresie. W wagonie dla palaczy jest jeszcze kilka przedziałów z wolnymi miejscami. Mogę pomóc przenieść bagaże jakby co.

– Ja podziękuję, moje odprężone pośladki nigdzie się nie ruszają- odpowiedział Franek.

– Ale jak to – zaprotestowała pierwsza – nic Pan nie zrobi w tej sprawie?

– Bilety są, więc nic więcej nie mogę zrobić. Idę sprawdzić dalej przedziały tak, w sensie bilety więc w razie potrzeby przeniesienia można mnie przez chwilę jeszcze łapać – odparł zobojętniały kanar zasuwając drzwi.

– Niebywałe – oburzyła się druga.

– Dobra drogie Panie, jak wspominałem ja się nigdzie nie ruszam. Za to Paniom radzę zrobić coś wręcz przeciwnego. Ja już zakończyłem dyskusję. Od tego momentu moim rzecznikiem prasowym jest wczorajsza Ankara XXL z ostrym sosem.

Znowu musiałam mocno zacisnąć usta żeby nie wybuchnąć śmiechem. Kobietki z nabrzmiałą aparycją buraka podniosły się i zaczęły zbierać swoje rzeczy. Ostentacyjnie zatrzasnęły drzwi za sobą i tyle je widzieliśmy. Dalej podróżowaliśmy sami. Większość podróży przespałam budząc się tylko przy większych wahnięciach pociągu oraz kolejnych wystrzałach Franka. Ja już dawno zaabsorbowałam ten nasz ekosystem. Nic mnie nie rusza.