Przesolona polityka

Posted: 13th Czerwiec 2011 by sushilabel in Bźdźągwa

Wstrzymywałem się jak mogłem. Zapierałem nogami i rączkami zdrapując paznokciami farbę z framugi. Już od samego początku obiecałem sobie, że gówna nie będę tykał. O ile jeszcze w zamierzchłych czasach tematyka ta interesowała mnie do żywego tak teraz wolałem się od tego odcinać. Żaden Stoperan nie pomógł. Poddaje się. Wszystko przez znajomego, który rzucił hasło: napisz coś o polityce. Zaśmiałem się i powiedziałem, że nie ma mowy. Niestety temat ten za każdym razem kiedy pomyślałem o mojej stronie wychodził na prowadzenie. Dostałem twórczego zaparcia. Nie było innej rady.

Zastanawiałem się jak sobie ulżyć. Najłatwiej byłoby łyknąć jakieś piguły i puścić niezmierzone fontanny gówna wylatujące z ogromnym ciśnieniem spowodowane jadem nienawiści. Jak za starych dobrych czasów.

Zacząłem się zastanawiać nad tą tematyką i doszedłem do wniosku, że jednak nie ma takiej potrzeby (oczywiście myślałem tak wcześniej i dalej mam taki zamiar ale cholera wie jak popłynę parę linijek niżej).

Mój pogląd na obecne rządy w Polsce porównałbym do mieszkania w ośrodku dla maltretowanych kobiet.

 

…………………………………….

 

To nie jest fajne miejsce. Nie mam swojego kąta. Brak jasnych perspektyw sprawia, że ja i moje dziecko czujemy się niepewnie. Pracownicy traktują mnie jak człowieka drugiej kategorii. Dobrze, że chociaż jak człowieka. Dziwią się jak mogłam wytrzymać z moim mężem tyle lat. Niedługo minie czwarty rok względnego bezpieczeństwa i wolności. Kończy się mój czas pobytu w ośrodku. Boję się, że po wyjściu znajdzie mnie mój były mąż i moja gehenna zacznie się od nowa.

Historia z moim mężem zaczęła się w 2005 roku. Poznaliśmy się na początku roku. Był ujmujący i miły. Miał straszne zamiłowanie do historii. Lubił koty. Czy ktoś kto lubi zwierzęta może być tyranem? Wtedy nawet o tym nie myślałam, byłam zakochana.

Pobraliśmy się 27 września 2005 roku. Skromna uroczystość. Na początku było wspaniale. Dzieliliśmy się obowiązkami. Niestety jak to bywa w takich historiach słowo niestety musi się pojawić a skoro się pojawiło wyjaśnię dlaczego i w jakim kontekście. Otóż niestety sielanka nie trwała długo. Mąż natrafił na jakiś szczegół dotyczący historii jego rodziny i znajomych. Zaczął studiować stare książki, odpuszczał sobie obowiązki domowe. Wszystko było na mojej głowie. Kiedy mu zwróciłam uwagę wrzasnął na mnie ze wściekłością w oczach, że musi odkryć prawdę i żebym mu nie przeszkadzała. Wystraszyłam się, nigdy nie był taki w stosunku do mnie. Jego obsesja na punkcie odkrycia prawdy pochłaniała coraz więcej czasu. Rzucił pracę. Utrzymywaliśmy się tylko z mojej pensji a ponieważ w kraju panował marazm gospodarczy coraz trudniej było mi dopiąć domowy budżet do dziesiątego. Pieniędzy brakowało na wszystko oprócz jednej rzeczy, kociego żarcia było pod dostatkiem.

W międzyczasie urodziło się dziecko. Zostało poczęte jeszcze w tych dobrych czasach, kiedy się naprawdę kochaliśmy, a przynajmniej ja. Potem pokrywał mnie jak zwykłą klacz. Złaził ze mnie i wracał do tych swoich papierów.

Pewnego dnia nie wytrzymałam i z płaczem zaczęłam krzyczeć, że ja już tak nie mogę, że musi skończyć z tym szaleństwem i przestać zajmować się tymi „nic nie znaczącymi papierami”. W jednej sekundzie w moją stronę poleciał plik notatek. Chciałam się zasłonić ale nie zdążyłam. Jedna z kartek rozcięła mi policzek, upadłam a z rany zaczęła sączyć się krew. Patrzyłam na niego. Stał pełen furii. Myślałam, że widok krwi go wystraszy, że się opamiętam, uklęknie przede mną i ze łzami w oczach zacznie błagać o przebaczenie. Podszedł do mnie i kopnął mnie w twarz. Potem usiadł okrakiem i zaczął okładać gdzie popadnie. Na końcu zdarł ubranie i zgwałcił. Gdy już było po wszystkim dysząc nachylił się do mojego ucha i wysapał: „nie masz pojęcia co się tutaj dzieje, jeszcze raz mi się sprzeciwisz a zabiję cię kurwo!”.

Byłam przerażona, sparaliżowana. Bałam się o życie swoje i dziecka. Chodziłam wokół niego na paluszkach i usługiwałam niczym niewolnica. Cokolwiek mu się nie spodobało miało finał w biciu i gwałtach, coraz brutalniejszych. W biciu mógłby zdobyć stopień inżyniera. Wiedział jak uderzyć, żeby bolało ale żeby nie było śladów. Musiałam przecież chodzić do pracy. Po pierwszym razie szybko wyciągnął wnioski.

Kiedy wracałam z pracy zamykał mnie na klucz i wychodził gdzieś na miasto. Nigdy się nie tłumaczył. Weekendami wcale go nie było w domu. Po jakimś czasie w weekendy zaczęli go odwiedzać dwaj znajomi. Zaraził ich swoją obsesją. Jak mówił podczas swojego monologu przy obiedzie „oni mnie rozumieją”. Ślęczeli we trójkę nad papierami.

Pewnego wieczoru jak zwykle przyszli do niego. Siedzieli dość długo. Żywo dyskutowali opróżniając kolejne butelki wódki. Położyłam się już do łóżka. Pozwolili mi, zrobiłam dość dużo kanapek i przygotowałam odpowiednią ilość zagrychy.

Pierwszy był trzask drewna, później płacz dziecka. Światło padające z korytarza opowiedziało mi o dziecku wyprowadzanym do innego pokoju. Następnie zostałam złapana za nogę, wciągnięta w odmęty pościeli jak przy ataku rekina. Jednak ten atak trwał dłużej. Pościel się skończyła i było już sucho. Nie, jednak nie, czułam wilgoć. Moja głowa zaczęła wydzielać krew po uderzeniu o podłogę. Uniosłam się w powietrzu i ponownie z impetem wylądowałam na tafli pościeli. Zajaśniało światło. Mąż przytrzymywał mnie za skrępowane ręce. Tamci stali na środku pokoju. Krzyknął, że teraz spotka mnie kara za bycie konspiracyjną kurwą, że w pracy na pewno tym lewicowym i liberalnym skurwielom sprzedawałam informacje o tym co oni robią a potem dawałam wszystkim dupy jak prostytutka. Dobra panowie, dajmy jej nauczkę jaką daje się sprzedajnym kurewkom – powiedział. Jęknęłam z bólu, miałam wrażenie, że eksplodują mi wszystkie kości. Odezwał się ten najwyższy. Zapytał się cicho przełykając ślinę czy nie będą mieli problemów, że mogę rozpowiedzieć i że pójdą siedzieć za gwałt. Denerwował się, był podobno prawnikiem. Odrzekł mu ten drugi zmierzając w moim kierunku: przecież prostytutki nie można zgwałcić. Wyglądał jak tłusta świnia. Miał mordę przypominającą dzbanek z kompotem z truskawek. Kiedy się zbliżył, ze strachu straciłam przytomność.

Ocknęłam się. Nie wiem, która była godzina. W mieszkaniu panowała cisza. Podniosłam się z wielki trudem. Było ciemno. Po omacku dobrnęłam do drzwi. Uchyliłam po cichu. Przeszłam przez korytarz. W salonie spali wszyscy trzej, pijani. Sunęłam jak duch do małego pokoju. Drzwi były uchylone, dziecko spało. Wróciłam się do przedpokoju. Delikatnie otworzyłam szafkę i wyciągnęłam balerinki. Na dworze był mróz ale musiałam zachowywać się cicho. Zabrałam płaszcz z krzesła. Delikatnie wyciągnęłam dziecko z łóżeczka. Zawinęłam w kocyk. Z ostrożnością cyrkowca na linie przeszłam przez korytarz, odsunęłam zasuwy i wyszłam na klatkę schodową. Nie zapalałam światła, bałam się, że psy sąsiadów zaczną szczekać i zostanę nakryta. Wiedziałam gdzie iść. Już wcześniej chciałam uciec, dużo wcześniej. Dlaczego tego nie zrobiłam do tej pory? Nie wiem.

W ośrodku uwierzyli mi. Mąż został zatrzymany. Siedział 3,5 roku. Znaleźli w szafie ukrytą broń bez pozwolenia. Gwałtu oczywiście nie uznali. Ludzie byli podzieleni. Jedni mi współczuli, inni zrzucali całą winę na mnie. Czas jak zwykle zużywa pamięć. Coraz mniej osób z tych życzliwych pamiętało o tym co się stało. Nawet jeżeli pamiętali woleli zastąpić informacje o moim okrutnym mężu, który ponoć mnie bił, na zamierzchłą wiedzę, że jednak spoko był z niego chłop bo i ukłonił się na ulicy i wiertarkę pożyczył.

I tak oto kończą się moje  4 lata życia w ośrodku. Mąż jest już na wolność od kilku miesięcy. Boję się. Boję się, że koszmar powróci. Mimo niepewnej przyszłości bez mocnych podwalin pod nią i kiepskiego startu nie chcę żeby historia się powtórzyła.

  1. tj napisał(a):

    Maltretowanie, przemoc w rodzinie, gwałt fizyczny i psychiczny na drugiej, zdawało by się ważnej osobie… ciężki a zarazem śliski temat. Z jednej strony chcesz współczuć osobie, z drugiej strony krzyczysz, ogarnij się, jest tyle możliwości (wyjść) z tej sytuacji.

    Czujesz się w tym kraju, tak jak ta matka Polka którą przerżnął historyk szukający rodzinnego rodowodu? Nie pozostaje mi nic innego jak Cię pocieszyć, są na świecie ośrodki o lepszym standardzie, gdzie ludzie patrzą na siebie trochę inaczej:

    http://www.oecdbetterlifeindex.org/

    Sam się zastanawiałem na zmianą ośrodka…. kiedyś… , chociaż mnie żaden historyk nie przeleciał 🙂

  2. sushilabel napisał(a):

    łooo, żeś popłynął 😀 W skrócie chodziło mi o to, że chciałbym kiedyś napluć w twarz niektórym politykom 😛